Józef Wiącek

Po­czą­tek mo­jej pracy w Ze­spole Szkół Me­cha­ni­za­cji Rol­nic­twa przy­padł na bar­dzo go­rący okres. We wrze­śniu 1991 roku trwały przy­go­to­wa­nia do ko­lej­nego zjazdu ab­sol­wen­tów tej szkoły. I wła­śnie wtedy ze­lek­try­zo­wała mnie wia­do­mość, że do mo­jej „no­wej” szkoły przy­jadą „Ję­dru­sie”. Pa­mię­tam, że py­ta­łam, czy to na pewno „Ci Ję­dru­sie”? I do­piero wtedy do­wie­dzia­łam się, że w Kwi­dzy­nie miesz­kał i był pra­cow­ni­kiem ZSMR pan Jó­zef Wią­cek — czło­wiek, który two­rzył wielką hi­sto­rię na­szej Oj­czy­zny. Dla mnie był bar­dziej znany jako Szef Jó­zek lub po­rucz­nik Sowa, do­wódca jed­nego z pierw­szych na te­re­nie oku­po­wa­nej Pol­ski od­działu par­ty­zanc­kiego. Nie­stety, nie mia­łam szczę­ścia po­znać oso­bi­ście pana Jó­zefa- zmarł w 1990 roku. Stał się dru­gim pa­tro­nem na­szej szkoły. Pra­gnę miesz­kań­com Kwi­dzyna przy­bli­żyć tę wspa­niałą po­stać. Ja­kim był on czło­wie­kiem? Ja­kie były drogi, które go na trwale zwią­zały z dzie­jami na­szej Oj­czy­zny i które przy­wio­dły go do Kwi­dzyna?
Ko­lebką ro­dziny Jó­zefa Wiącka oraz jego żony He­leny z Ho­ło­ciń­skich była piękna zie­mia san­do­mier­ska ze swymi wzgó­rzami, do­li­nami, piasz­czy­stymi po­lami, za­du­ma­nymi przy­droż­nymi ka­plicz­kami. Na wscho­dzie pły­nęła Wi­sła, przed pierw­szą wielką wojną była to rzeka gra­niczna. Za Wi­słą wi­doczna z oko­licz­nych wzgórz była Ga­li­cja — w owych cza­sach le­gen­darny kraj swo­bód i wol­no­ści dla Po­la­ków — pra­wie wolna Pol­ska. Zie­mia san­do­mier­ska była wów­czas czę­ścią za­boru ro­syj­skiego, Ga­li­cja — au­striac­kiego.
Na prze­ło­mie XIXXX wieku Wiąc­ko­wie sta­no­wili wielką ro­dzinę spo­krew­nioną bądź spo­wi­no­wa­coną z wie­loma in­nymi ro­dzi­nami, m.in. z Bie­niami, Pod­sia­dłymi, Sab­ba­tami. Ro­dzice Jó­zefa, Pa­weł i Zo­fia z Pod­sia­dłych, po­sia­dali go­spo­dar­stwo we wsi Trzcianka w gmi­nie Tur­sko Wiel­kie w po­wie­cie san­do­mier­skim. Trzcianka po­ło­żona była nie­da­leko hi­sto­rycz­nego Po­łańca. Wiąc­ko­wie byli znani w oko­licy jako do­brzy rol­nicy, pra­co­wici i po­bożni. Mimo, że byli pro­stymi i nie­zbyt bo­ga­tymi ludźmi, do­ce­niali wagę kształ­ce­nia swych dzieci. Głów­nym mo­to­rem tych dzia­łań była głów­nie matka — po­sia­da­jąca tylko umie­jęt­ność czy­ta­nia. Dzieci była spora gro­madka, sze­ściu sy­nów i jedna córka. An­toni i Win­centy kształ­cili się na na­uczy­cieli. Ele­onora ma­rzyła o pracy w dy­plo­ma­cji.
Sta­ni­sław chciał po­świę­cić się ka­rie­rze woj­sko­wej — pra­gnął zo­stać za­wo­do­wym uła­nem. Jan ukoń­czył se­mi­na­rium du­chowne i zo­stał księ­dzem. Cho­ciaż zgod­nie z wolą ro­dzi­ców to se­mi­na­rium du­chowne miał pier­wot­nie ukoń­czyć Fran­ci­szek, który w grud­niu 1918 roku wstą­pił do pol­skiego woj­ska i wkrótce zna­lazł się na pierw­szej li­nii frontu. W oko­li­cach Prze­my­śla, gdzie Po­lacy wal­czyli z Ukra­iń­cami, 10 lu­tego 1919 roku Fran­ci­szek zo­stał ciężko ranny. Zmarł 14 lu­tego 1919 roku. W ro­dzi­nie Wiąc­ków nie była to je­dyna śmierć w cza­sach wiel­kiej wojny. Jed­nak ta strata była szcze­gól­nie bo­le­sna po­nie­waż do­tknęła przed­sta­wi­ciela naj­młod­szego po­ko­le­nia.
Jó­zef Wią­cek uro­dzony 21 kwiet­nia 1912 roku zo­stał wy­zna­czony przez ro­dzi­ców do prze­ję­cia w przy­szło­ści ro­dzin­nego go­spo­dar­stwa. Po­cząt­kiem jego edu­ka­cji było ukoń­cze­nie czte­rech klas szkoły po­wszech­nej w Tur­sku Wiel­kim. Na­stęp­nie wy­ru­szył za Wi­słę. Zo­stał uczniem kie­lec­kiego gim­na­zjum imie­niem Sta­ni­sława Ko­nar­skiego. Tam po­znał Wła­dy­sława Ja­siń­skiego, mło­dego wie­kiem har­ce­rza (Wła­dy­sław był tylko 3 lata star­szy od Jó­zefa), ale o dłu­gim har­cer­skim stażu i o wiel­kim ta­len­cie or­ga­ni­za­cyj­nym. Mło­dzi lu­dzie za­przy­jaź­nili się, pro­wa­dzili dłu­gie i go­rące roz­mowy, wspól­nie prze­ży­wali har­cer­skie przy­gody.
Po ukoń­cze­niu czte­rech klas gim­na­zjal­nych, zgod­nie z wcze­śniej­szymi pla­nami ro­dzi­ców, we wrze­śniu 1930 roku Jó­zef roz­po­czął na­ukę w Pań­stwo­wej Wyż­szej Szkole Rol­ni­czej w Bo­ja­no­wie Po­znań­skim, którą ukoń­czył w czerwcu 1933 roku. Swą wie­dzę za­wo­dową po­głę­biał w cza­sie prak­tyk rol­ni­czych, po­cząt­kowo w kre­so­wych do­brach Rud­nia Be­re­śnie­wi­cze w po­wie­cie ba­ra­no­wic­kim, a na­stęp­nie z po­cząt­kiem stycz­nia 1934 roku w ma­jątku Ro­ma­nów w po­wie­cie wło­daw­skim. Wła­ści­cie­lami tej po­sia­dło­ści byli po­tom­ko­wie ro­dziny słyn­nego pol­skiego pi­sa­rza, hi­sto­ryka i pu­bli­cy­sty — Jó­zefa Igna­cego Kra­szew­skiego. Wresz­cie przy­szedł czas na służbę woj­skową. Już je­sie­nią 1934 roku dwu­dzie­sto­dwu­let­niego Jó­zefa po­wo­łano do woj­ska. Przy­dzie­lono go do 20 Pułku Uła­nów w Rze­szo­wie. Po od­by­ciu służby woj­sko­wej w 1935 roku wró­cił do Trzcianki i wspól­nie z młod­szym bra­tem Sta­ni­sła­wem pro­wa­dził do­brze pro­spe­ru­jące go­spo­dar­stwo rolne. Z ogromną su­mien­no­ścią prak­tycz­nie wy­ko­rzy­sty­wał wcze­śniej zdo­bytą wie­dzę rol­ni­czą, a także wy­ży­wał się w pracy spo­łecz­nej dzia­ła­jąc ak­tyw­nie w Stron­nic­twie Lu­do­wym. W roku 1937 Jó­zef po­now­nie po­wo­łany zo­stał do woj­ska, tym ra­zem na ćwi­cze­nia do or­ga­ni­zo­wa­nej 10 Bry­gady Ka­wa­le­rii Zmo­to­ry­zo­wa­nej. Do­wódz­two przy­dzie­liło go do plu­tonu łącz­no­ści.
Po­tem znowu była ciężka, ale efek­tywna praca na oj­co­wiź­nie. Zo­stała na­gle prze­rwana 13 marca 1939 roku. Jó­zef Wią­cek zo­stał zmo­bi­li­zo­wany. Wziął po­now­nie udział w ćwi­cze­niach 10 Bry­gady Ka­wa­le­rii Zmo­to­ry­zo­wa­nej do­wo­dzo­nej przez ge­ne­rała Sta­ni­sława Maczka. Tym ra­zem wcie­lono go do dy­wi­zjonu roz­po­znaw­czego. Bry­gada sta­cjo­no­wała wów­czas w Ja­go­dach i prze­cho­dziła prze­szko­le­nie na po­li­go­nie w No­wej Dę­bie. 1 wrze­śnia 1939 roku Pol­ska zo­stała za­ata­ko­wana przez hi­tle­row­skie woj­ska. Jó­zef z 10 Bry­gadą Ka­wa­le­rii prze­szedł cały szlak bo­jowy w tra­gicz­nym wrze­śniu 1939 roku. Klę­ska wrze­śniowa zmu­siła żoł­nie­rzy do prze­kro­cze­nia gra­nicy. Na te­re­nie Wę­gier żoł­nie­rze ge­ne­rała Maczka zo­stali roz­bro­jeni. Jó­zef nie po­dą­żył na Za­chód lecz prze­do­stał się z po­wro­tem do kraju. Wkrótce do­tarł do ro­dzin­nego domu w Trzciance. Ro­dzice byli już sta­rzy, a więc Jó­zef ra­zem z bra­tem Sta­chem, który rów­nież był żoł­nie­rzem wrze­śnia 1939 roku, pra­co­wali na roli i już wtedy za­mie­rzali pod­jąć walkę z wro­giem. Po­szu­ki­wali kon­tak­tów z ro­dzącą się kon­spi­ra­cją.
Wcze­sną wio­sną 1940 roku do Trzcianki do braci Wiąc­ków do­tarło pierw­sze kon­spi­ra­cyjne pi­smo. Było to dla nich wiel­kie wy­da­rze­nie. Nie są­dzili wów­czas, że za kilka mie­sięcy sami będą pra­co­wali przy jego po­wie­la­niu. Za­sta­na­wiali się, kto wy­daje tę ga­zetkę. Nie wie­dzieli, że tego do­ko­nał ktoś, kogo znali, a na­wet w swych la­tach gim­na­zjal­nych przy­jaź­nili się. Był to Wła­dy­sław Ja­siń­ski — ab­sol­went wy­działu prawa Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, pra­cu­jący w szkol­nic­twie, pro­pa­gu­jący naj­wspa­nial­sze idee pol­skiego har­cer­stwa. Już w paź­dzier­niku 1939 roku utwo­rzył w Tar­no­brzegu tajną or­ga­ni­za­cję sta­wia­jącą so­bie za cel walkę z na­jeźdźcą.
Ja­siń­ski od­zna­czał się wiel­kim ta­len­tem or­ga­ni­za­cyj­nym i nie­zwy­kłą od­wagą. Cie­szył się bez­gra­nicz­nym za­ufa­niem mło­dzieży. Dla­tego w pierw­szych kon­spi­ra­cyj­nych sze­re­gach zna­leźli się przede wszyst­kim har­ce­rze-ucznio­wie tar­no­brze­skiego gim­na­zjum. W po­cząt­ko­wym okre­sie pracy kon­spi­ra­cyj­nej gro­ma­dzono broń i wy­po­sa­że­nie woj­skowe. Lo­ka­li­zo­wano miej­sca, w któ­rych od­działy Woj­ska Pol­skiego ukryły broń, a na­stęp­nie spro­wa­dzono ją do punk­tów kon­spi­ra­cyj­nych.
Jesz­cze w 1939 roku Ja­siń­ski pod­jął dzia­ła­nia zwią­zane z wy­da­wa­niem taj­nej prasy. Zor­ga­ni­zo­wał na­słuch au­dy­cji Pol­skiego Ra­dia w Lon­dy­nie. Wia­do­mo­ści ra­diowe były prze­pi­sy­wane na ma­szy­nie, po­tem udo­stęp­niano je Po­la­kom. Po­cząt­kowo był to bar­dzo skromny Biu­le­tyn In­for­ma­cji Ra­dio­wych, a od marca 1940 roku pi­smo to zo­stało pod­nie­sione do rangi co­ty­go­dnio­wej taj­nej ga­zety i otrzy­mało ty­tuł „Od­wet”. Ta kon­spi­ra­cyjna ga­zeta speł­niała ogromną rolę. Przy­no­siła za­ka­zane w okre­sie oku­pa­cji, a tak po­trzebne Po­la­kom, naj­śwież­sze wia­do­mo­ści ze wszyst­kich fron­tów II wojny świa­to­wej. Uka­zy­wały się w niej ar­ty­kuły o tre­ści głę­boko pa­trio­tycz­nej, które da­wały na­dzieję, że nie wszystko stra­cone. Po­bity i znisz­czony kraj bar­dzo po­trze­bo­wał wła­śnie na­dziei. Ga­zeta po­uczała jak za­cho­wać się w kon­kret­nych sy­tu­acjach na­rzu­co­nych przez oku­panta. Pięt­no­wała Po­la­ków współ­pra­cu­ją­cych z wła­dzami nie­miec­kimi.
Na­zwę „Od­wet” przy­jęła cała grupa Wła­dy­sława Ja­siń­skiego. Stwo­rzyła dwa fun­du­sze — pra­sowy, zwią­zany z re­da­go­wa­niem i kol­por­to­wa­niem taj­nej ty­go­dniówki „Od­wet” oraz fun­dusz po­mo­cowy, który ob­jął opieką ro­dziny ukry­wa­ją­cych się i aresz­to­wa­nych kon­spi­ra­to­rów, a także wdowy i sie­roty po żoł­nier­zach wrze­śnia 1939 roku oraz wy­sie­dlo­nych z po­znań­skiego i Po­mo­rza Po­la­ków. W 1940 roku Niemcy wpa­dli na trop „Od­wetu”. Względy bez­pie­czeń­stwa spo­wo­do­wały ko­niecz­ność prze­rzu­ca­nia cen­trali „Od­wetu” w co­raz to inny re­jon — naj­pierw do Krze­mie­nicy w po­wie­cie mie­lec­kim, a na­stęp­nie za Wi­słę, w re­jon Trzcianki i Su­li­sła­wic.
Je­sie­nią 1940 roku przy­je­chał do domu Wiąc­ków ku­zyn Wa­cław Pod­sia­dły w to­wa­rzy­stwie męż­czy­zny, któ­rego bra­cia Wiąc­ko­wie w pierw­szej chwili nie po­znali. Był to Wła­dy­sław Ja­siń­ski. Ce­lem jego wi­zyty było prze­nie­sie­nie po­wie­larni „Od­wetu” wła­śnie tu­taj, do domu ro­dziny Wiąc­ków. Ja­siń­ski nie miał żad­nych trud­no­ści z wcią­gnię­ciem Jó­zefa i Sta­ni­sława do pracy w „Od­we­cie”. O walce z oku­pan­tem my­śleli oni już od dawna. Za­bu­do­wa­nia go­spo­dar­cze Wiąc­ków były roz­rzu­cone. W po­bliżu nie było żad­nych są­sia­dów, któ­rzy przez zbyt­nią cie­ka­wość in­te­re­so­wa­liby się róż­nymi „go­śćmi” od­wie­dza­ją­cymi czę­sto go­spo­da­rzy. Bli­żej drogi stał dom miesz­kalny, w po­dwó­rzu let­nia kuch­nia, sto­doła i staj­nia. Ca­łość ogro­dzona była wy­so­kim par­ka­nem. Wkrótce za­in­sta­lo­wano w Trzciance ma­szynę do pi­sa­nia i apa­rat ra­diowy. Przez wiele mie­sięcy tu­taj mie­ściła się Cen­trala „Od­wetu”. Tu w nie­dłu­gim cza­sie Ja­siń­ski — Szef Wła­dek, roz­po­czął nowy etap kon­spi­ra­cyj­nej dzia­łal­no­ści, a mia­no­wi­cie ak­cje dy­wer­sji go­spo­dar­czej prze­ciwko oku­pan­towi. Tu ma­ga­zy­no­wano broń, tu była kwa­tera, jakże czę­sto dla ca­łego od­działu. Z domu Wiąc­ków w maju 1941 roku wy­ru­szył na pierw­szą ak­cję zbrojną na tej ziemi po ma­jo­rze „Hu­balu” od­dział par­ty­zancki. Ro­dzice Pa­weł i Zo­fia Wiąc­ko­wie zna­kiem krzyża że­gnali wy­cho­dzą­cych z Trzcianki na bój pierw­szych le­śnych chłop­ców, do któ­rych na­le­żeli także ich sy­no­wie. Sta­ni­sław przy­jął pseu­do­nim „In­spek­tor”, Jó­zef — „Sowa”. To wła­śnie w Trzciance po­wstali sławni póź­niej „Ję­dru­sie”. Po licz­nych aresz­to­wa­niach, ja­kich do­ko­nali Niemcy w siatce „Od­wetu” Ja­siń­ski pod­jął de­cy­zję o wy­dzie­le­niu z or­ga­ni­za­cji spe­cjal­nej grupy dy­wer­syjno — bo­jo­wej. Utwo­rzony wio­sną 1941 roku od­dział od pseu­do­nimu swego do­wódcy przy­jął na­zwę „Ję­dru­sie”. Wła­dy­sław Ja­siń­ski ów pseu­do­nim przy­brał od imie­nia swego czte­ro­let­niego synka An­drzeja. Tym imie­niem pod­pi­sy­wał po­kwi­to­wa­nia za re­kwi­ro­wane Niem­com środki. Niemcy ów pod­pis od­czy­ty­wali jako pseu­do­nim groź­nego szefa jesz­cze groź­niej­szej bandy.
W taki spo­sób zo­stali „Ję­dru­siami”. Ta na­zwa we­szła na stałe do hi­sto­rii Pol­skiego Pod­zie­mia. Dzia­łal­ność „Ję­dru­siów” była wszech­stronna. Od­dział prze­pro­wa­dził około 180 róż­nego ro­dzaju ak­cji, wśród któ­rych były liczne ak­cje dy­wer­sji go­spo­dar­czej, za­sadzki i po­tyczki, a także re­gu­larne bi­twy z si­łami wroga. „Ję­dru­sie” roz­bra­jali po­ste­runki nie­miec­kiej żan­dar­me­rii i po­li­cji „gra­na­to­wej”. Pro­wa­dzili na sze­roką skalę za­kro­joną ak­cję za­pew­nie­nia ładu i po­rządku pu­blicz­nego. Zwal­czali ban­dy­tyzm, wy­ko­ny­wali wy­roki śmierci na zdraj­cach i oso­bach współ­pra­cu­ją­cych z oku­pan­tem. Chro­nili lasy przed bez­myśl­nym wy­rę­bem. Za­bez­pie­czali wsie przed hi­tle­row­skimi pa­cy­fi­ka­cjami. Uni­kalną, jak na wa­runki oku­pa­cji i par­ty­zantki, była pro­wa­dzona przez „Ję­dru­siów” ak­cja cha­ry­ta­tywna po­le­ga­jąca na nie­sie­niu po­mocy aresz­to­wa­nym i ich ro­dzi­nom, a także lu­dziom ukry­wa­ją­cym się. Zor­ga­ni­zo­wano sieć punk­tów wy­sył­ko­wych pa­czek żyw­no­ścio­wych dla pol­skich jeń­ców w obo­zach nie­miec­kich. „Ję­dru­sie” współ­pra­co­wali też z Radą Główną Opie­kuń­czą, prze­ka­zu­jąc tej je­dy­nej ofi­cjal­nej or­ga­ni­za­cji spore ilo­ści zdo­by­tej na oku­pan­cie żyw­no­ści i odzieży.
Od 1942 roku „Ję­dru­sie” wpro­wa­dzili do swego pro­gramu sa­mo­kształ­ce­nie. Wielu „chłop­ców z lasu” uzy­skało kon­spi­ra­cyjne małe ma­tury oraz prze­szło prze­szko­le­nie w „le­śnej” pod­cho­rą­żówce. Cha­rak­te­ry­zu­jąc „Ję­dru­siów” na­leży pod­kre­ślić, że róż­nili się od in­nych grup par­ty­zanc­kich. Sta­no­wili od­dział sa­mo­dzielny, nie pod­po­rząd­ko­wany do 1943 r. żad­nej z ist­nie­ją­cych or­ga­ni­za­cji Pol­ski Pod­ziem­nej. Wła­dy­sław Ja­siń­ski do kie­ro­wa­nia od­dzia­łem par­ty­zanc­kim nie miał roz­bu­do­wa­nego sztabu woj­sko­wego. Sam był wszyst­kim — do­wódcą, or­ga­ni­za­to­rem, ku­rie­rem, re­dak­to­rem na­czel­nym. U „Ję­dru­siów” nie było szarż, stopni woj­sko­wych, mel­do­wa­nia się. Do do­wódcy zwra­cano się: „pa­nie sze­fie” lub „pa­nie Władku”. Or­ga­ni­za­cja od­działu opie­rała się na har­cer­skim sys­te­mie za­stę­po­wym. Wszy­scy jego człon­ko­wie do­sko­nale znali swoje miej­sce i za­da­nia. Wierni har­cer­skiemu prawu, któ­rego na­uczył ich „Szef” peł­nili służbę Bogu i Oj­czyź­nie, uzna­jąc za święte ta­kie war­to­ści jak mi­łość, sza­cu­nek, po­świę­ce­nie i wol­ność. Byli or­ga­ni­za­cją woj­skową nie uzna­jącą drylu woj­sko­wego, po­nie­waż wy­two­rzyli u sie­bie rzadko spo­ty­kaną at­mos­ferę ko­le­żeń­stwa i przy­jaźni, za­ufa­nia i życz­li­wo­ści, a także at­mos­ferę wza­jem­nego od­da­nia, co nie­jed­no­krot­nie po­twier­dzili w boju.
W maju 1942 roku do­szło do wcze­śniej za­po­wie­dzia­nego ma­łego zjazdu „Ję­dru­siów” w Su­li­sła­wi­cach, na któ­rym Szef Wła­dek przed­sta­wił ide­olo­giczny kie­ru­nek dzia­łal­no­ści par­ty­zanc­kiej grupy. Na tym zjeź­dzie Szef „Ję­dru­siów” mia­no­wał ofi­cjal­nie swo­jego za­stępcę, któ­rym zo­stał Jó­zef Wią­cek „Sowa”.
Dnia 9 stycz­nia 1943 roku w star­ciu z nie­miecką żan­dar­me­rią w Trzciance, ro­dzin­nej wsi braci Jó­zefa „Sowy” i Sta­ni­sława „In­spek­tora” Wiąc­ków zgi­nął Wła­dy­sław Ja­siń­ski. Dla „Ję­dru­siów” ta śmierć była naj­bo­le­śniej­sza. Pierw­szy do­wódca „Ję­dru­siów” zo­stał po­śmiert­nie od­zna­czony srebr­nym Krzy­żem Or­deru Vir­tuti Mi­li­tari.
Wpraw­dzie Ja­siń­ski jesz­cze przed śmier­cią wy­zna­czył na swego za­stępcę Jó­zefa Wiącka, jed­nak „Sowa” sza­nu­jąc oby­czaje „Ję­dru­siów” za­py­tał, czy będą go słu­chali. Wszy­scy od­po­wie­dzieli twier­dząco. W gru­pie par­ty­zanc­kiej „Ję­dru­sie” za­wsze pa­no­wała świa­doma dys­cy­plina. Gdy za­cho­dziła po­trzeba umiano sta­nąć przed swym Sze­fem na bacz­ność, ale w więk­szo­ści wszystko za­ła­twiano na plat­for­mie wy­soko po­ję­tego ko­le­żeń­stwa i rów­no­ści w za­kre­sie upraw­nień i obo­wiąz­ków. Szef miał za­wsze głos de­cy­du­jący, ale ni­gdy nie zda­rzyło się, by w waż­niej­szych spra­wach nie py­tał o zda­nie przy­naj­mniej kilku człon­ków grupy. Tak było od po­czątku ist­nie­nia „Ję­dru­siów”. Za­stępcą do­wódcy „Ję­dru­siów” zo­stał brat Szefa Sta­ni­sław Wią­cek — „In­spek­tor”, czło­wiek roz­ważny, mą­dry od­po­wie­dzialny.
Jó­zef Wią­cek, czy­niąc nie­jako za­dość swemu pseu­do­ni­mowi — prze­cież sowa ozna­cza mą­drość i roz­trop­ność — po­pro­wa­dził „Ję­dru­siów” do dal­szej walki. Zro­bił to z chłop­ską od­wagą, z po­czu­ciem od­po­wie­dzial­no­ści, we­dług par­ty­zanc­kiej sztuki wo­jo­wa­nia. I w du­chu wspól­nie z Ja­siń­skim na­kre­ślo­nych kie­dyś ce­lów, a także me­tod wspól­nie wy­pra­co­wa­nej walki. Wiele od­dzia­łów par­ty­zanc­kich roz­pa­dało się, gdy gi­nął do­wódca. Ję­dru­sie za­ufali Sze­fowi Józ­kowi i pod­jęli dal­szą walkę w imię ide­ałów swego pierw­szego do­wódcy. Wkrótce prze­pro­wa­dzili kilka ak­cji zo­sta­wia­jąc wszę­dzie pod­pis „Ję­druś”. Niemcy nie mieli więc pew­no­ści, czy w Trzciance w stycz­niu 1943 roku za­bili Wła­dy­sława Ja­siń­skiego i na­dal na te­re­nie ca­łej Ge­ne­ral­nej Gu­berni roz­kle­jali li­sty goń­cze za „Ję­dru­siem” Ja­siń­skim, za­wie­ra­jące jego fo­to­gra­fię.
Jó­zef Sowa wy­róż­niał się wielką od­wagą w cza­sie po­szcze­gól­nych ak­cji. Był bar­dzo zde­cy­do­wany, miał żoł­nier­ski zmysł wo­bec wroga. Był świet­nym do­wódcą. Jakże przy­datna była ogromna roz­waga do­wódcy, gdy na­stą­piło szcze­gólne na­si­le­nie ak­cji bo­jo­wych. „Ję­dru­sie” roz­bili wię­zie­nie w Opa­to­wie, a na­stęp­nie w Mielcu. W wy­niku tych dzia­łań uwol­nili prze­szło 250 aresz­to­wa­nych Po­la­ków. Za roz­bi­cie opa­tow­skiego i mie­lec­kiego wię­zie­nia Jó­zef Wią­cek otrzy­mał od władz Ar­mii Kra­jo­wej Krzyż Vir­tuti Mi­li­tari. Jego żoł­nie­rzy ude­ko­ro­wano Krzy­żem Wa­lecz­nych. Ko­lej­nym, ogrom­nym suk­ce­sem było wy­pro­wa­dze­nie od­działu bez strat z ob­ławy na „Ję­dru­siów” w le­sie tur­skim, a po­tem z ko­lej­nych ob­ław.
Re­ali­zu­jąc plany Wła­dy­sława Ja­siń­skiego wzno­wiono wy­da­wa­nie taj­nej ga­zety „Od­wet”, lo­ku­jąc jej dru­kar­nię w pod­zie­miach sta­rego ko­ścioła w Su­li­sła­wi­cach. Ze­spół re­dak­cyjny opra­co­wał rów­nież bro­szurkę „Nie zdobi nas mun­dur, nie chwali nas sztab”. Je­den z 40 eg­zem­pla­rzy tego uni­ka­to­wego, kon­spi­ra­cyj­nego wy­daw­nic­twa otrzy­mał w dniu swych imie­nin do­wódca „Ję­dru­siów” — Szef Sowa z pod­pi­sami wszyst­kich człon­ków grupy par­ty­zanc­kiej.
Pierw­szy do­wódca „Ję­dru­siów” my­ślał o przy­szło­ści swych naj­młod­szych par­ty­zan­tów. Chciał, by prócz wie­dzy par­ty­zancko — żoł­nier­skiej, zdo­by­wali także wy­kształ­ce­nie. Nie­jed­no­krot­nie mó­wił, że wolna Pol­ska bę­dzie po­trze­bo­wać lu­dzi mą­drych. Sowa re­ali­zo­wał te­sta­ment Ję­dru­sia. Zor­ga­ni­zo­wał dla naj­młod­szych par­ty­zan­tów na­ukę w le­sie oraz tzw. „małą ma­turę”, po któ­rej mo­gli od­być kurs Szkoły Pod­cho­rą­żych Ar­mii Kra­jo­wej za­koń­czony po­myśl­nie zda­nym eg­za­mi­nem. Od­tąd od­dział po­sia­dał no­wych ka­prali pod­cho­rą­żych, któ­rzy już w nie­da­le­kiej przy­szło­ści ob­jęli do­wódz­two dru­żyn.
Jó­zef Wią­cek w po­ro­zu­mie­niu z Kie­row­nic­twem Walki Cy­wil­nej na Kraj na­wią­zał bez­po­średni kon­takt ze Ste­fa­nem Kar­boń­skim — kie­row­ni­kiem walki cy­wil­nej w ra­mach De­le­ga­tury Rządu RP. Efek­tem tego po­ro­zu­mie­nia była sze­roko za­kro­jona ak­cja, któ­rej ce­lem było znisz­cze­nie wszel­kich spi­sów i ksiąg kon­tyn­gen­to­wych, spi­sów lud­no­ści i ksiąg ma­jąt­ko­wych w gmi­nach na te­re­nie trzech po­wia­tów. Do Ję­dru­siów do­tarł ów­cze­sny I za­stępca De­le­gata Rządu na Kraj — Adam Bień, spo­krew­niony z ro­dziną Wiąc­ków. Adam Bień, praw­nik z wy­kształ­ce­nia, in­te­re­so­wał się szcze­gól­nie za­gad­nie­niami ban­dy­ty­zmu i zło­dziej­stwa. Te sprawy par­ty­zan­tom nie były obce. Zwal­czali je już wcze­śniej. Zor­ga­ni­zo­wali duże ak­cje prze­ciwko ban­dy­ty­zmowi, zło­dziej­stwu oraz nisz­cze­niu la­sów.
Mimo dość ści­słych kon­tak­tów z Kie­row­nic­twem Walki Cy­wil­nej „Ję­dru­sie” długo za­cho­wali nie­za­leż­ność or­ga­ni­za­cyjną. Do sca­le­nia z Ar­mią Kra­jową do­szło w 1943 r. „Ję­dru­sie” zo­stali żoł­nie­rzami AK, ale jako sa­mo­dzielna, nie­za­leżna or­ga­ni­za­cja woj­skowa, na uzgod­nio­nych wcze­śniej wa­run­kach. Pod­le­gali struk­tu­rom AK, za­cho­wu­jąc jed­nak da­leko idącą swo­bodę. Po ogło­sze­niu w lipcu 1944 roku ak­cji „Bu­rza” na san­do­miersz­czyź­nie i roz­po­czę­ciu kon­cen­tra­cji od­działu w Ryb­nicy „Ję­dru­sie” zo­stali prze­kształ­ceni w 4 kom­pa­nię 2 pułku pie­choty le­gio­no­wej AK Ziemi San­do­mier­skiej. Szef Sowa zo­stał awan­so­wany do stop­nia po­rucz­nika jako do­wódca tejże kom­pa­nii. W 1944 roku na­stą­piło po­więk­sze­nie od­działu po­przez wcie­le­nie do „Ję­dru­siów” grupy „Lot­nej” z Ob­wodu Ar­mii Kra­jo­wej San­do­mierz. Wcho­dząc w skład 2 Pułku „Ję­dru­sie” prze­szli cały szlak bo­jowy II Dy­wi­zji Pie­choty AK. Bar­dzo bo­le­śnie przy­jęli fakt, że już za późno iść na po­moc wal­czą­cej w po­wsta­niu War­sza­wie. Zresztą ich po­moc nie­wiele mo­głaby wów­czas zmie­nić, a na­wet na pewno po­więk­szy­łaby liczbę par­ty­zanc­kich mo­gił. „Ję­dru­sie” uczest­ni­czyli w bi­twach z Niem­cami m. in. w Dzie­bał­to­wie, Gro­dzi­sku, Ra­do­szy­cach, Rad­ko­wie. Swą le­śną epo­peję za­koń­czyli w sie­kie­rzyń­skich la­sach prze­cho­dząc przed Świę­tami Bo­żego Na­ro­dze­nia 1944 roku na wiej­skie kwa­tery. W okre­sie „Bu­rzy” 4 kom­pa­nią „Ję­dru­siow” nie do­wo­dził już Jó­zef Wią­cek, a po­rucz­nik „Bu­rza” — Ro­man Nie­wójt. Puł­kow­nik „Lin” — An­toni Żół­kiew­ski za­pro­po­no­wał po­rucz­ni­kowi So­wie, aby prze­szedł li­nię frontu z kil­ku­oso­bo­wym pa­tro­lem. Ce­lem było prze­ka­za­nie prze­syłki w Gór­kach Kli­mon­tow­skich, a na­stęp­nie po­wrót do od­działu. Jó­zef wraz z pa­tro­lem na przy­czółku san­do­mier­sko — ba­ra­now­skim zo­stał za­trzy­many i roz­bro­jony przez NKWD. Do „Ję­dru­siów” już nie do­łą­czył. W li­sto­pa­dzie 1944 roku szef san­do­mier­skiego Urzędu Bez­pie­czeń­stwa prze­ka­zał Jó­zefa Wiącka w ręce NKWD. So­wiec­kie wła­dze bez­pie­czeń­stwa prze­pro­wa­dziły do­cho­dze­nie w spra­wie dzia­łal­no­ści od­działu par­ty­zanc­kiego „Ję­dru­sie”. Po za­koń­cze­niu śledz­twa oświad­czono, że prze­pro­wa­dzone ba­da­nia po­zwa­lają stwier­dzić, że od­dział par­ty­zancki wal­czył z Niem­cami i nie dzia­łał na szkodę Ar­mii Czer­wo­nej.
W stycz­niu 1945 roku w ra­mach ofen­sywy so­wiec­kiej te­reny za­kwa­te­ro­wa­nia „Ję­dru­siów” zo­stały wy­zwo­lone spod oku­pa­cji nie­miec­kiej. Fakt, że wy­zwo­le­nie przy­szło ze wschodu stał się wkrótce ogromną tra­ge­dią nie­daw­nych par­ty­zan­tów. Wielu z nich do­tknęły re­pre­sje ze strony NKWD i Urzędu Bez­pie­czeń­stwa. Nie­któ­rzy zmu­szeni byli ucie­kać z kraju, aby unik­nąć pol­skiego wię­zie­nia, ro­syj­skich ła­grów i śmierci.
Jó­zef Wią­cek kil­ka­krot­nie do­sta­wał się w ręce so­wiec­kiego NKWD bądź pol­skiego Urzędu Bez­pie­czeń­stwa. Dzięki swej prze­myśl­no­ści uda­wało mu się wtedy ura­to­wać, ale zmu­szony był ukry­wać się. Mimo że, za­koń­czyły się dzia­ła­nia wo­jenne, a Niemcy hi­tle­row­skie zo­stały po­ko­nane, dom ro­dzinny Wiąc­ków w Trzciance cały czas był pod ob­ser­wa­cją pra­cow­ni­ków UB.
W końcu czerwca 1945 roku Jó­zef Wią­cek do­wie­dział się, że Sta­ni­sław Mi­ko­łaj­czyk do­szedł do po­ro­zu­mie­nia ze Sta­li­nem w spra­wach po­li­tycz­nych. Są­dził więc, że sprawa Ar­mii Kra­jo­wej wy­ja­śniła się, cho­ciaż mocno nie­po­ko­iło go, że w Mo­skwie rów­no­cze­śnie od­by­wał się pro­ces „szes­na­stu”, za­koń­czony wy­ro­kami ska­zu­ją­cymi, które do­tknęły i jego ku­zyna Adama Bie­nia. Są­dził jed­nak, że i tę sprawę Mi­ko­łaj­czyk ja­koś za­ła­twi. Sam miał do­syć ukry­wa­nia się. 1 lipca przy­szedł do swego domu w Trzciance. Krótko jed­nak cie­szył się jawną wol­no­ścią.
Dnia 2 lipca Jó­zef za­jął się re­mon­to­wa­niem żni­wiarki, gdyż zbli­żał się okres żniw. Około go­dziny 9.00 rano pra­cow­nicy Urzędu Bez­pie­czeń­stwa na­pa­dli na dom w Trzciance. Bez­bron­nego Jó­zefa Wiącka aresz­to­wano, wcze­śniej ra­niąc go se­rią wy­strza­łów z broni ma­szy­no­wej. Ubowcy chcieli ran­nego do­bić, ale nie do­pu­ścił do tego so­wiecki żoł­nierz. Roz­po­częła się strasz­liwa ge­henna „Ję­dru­sia II”. Do­ko­nali tego nie obcy, a Po­lacy, przed­sta­wi­ciele mło­dej wła­dzy w po­wo­jen­nej Pol­sce. To wła­śnie oni po po­strze­le­niu Jó­zefa roz­po­częli ra­bo­wa­nie go­spo­dar­stwa na oczach matki sta­ruszki, oj­ciec już nie żył — zmarł 9 maja 1945 r. Ubowcy zra­bo­wali wszystko — cały in­wen­tarz żywy, wozy, po­ściel, me­ble, na­wet beczkę do ka­pu­sty.
Po­rucz­nik Sowa wię­ziony był w San­do­mie­rzu, a na­stęp­nie w Kiel­cach. Ubowcy nie oszczę­dzili mu żad­nych cier­pień. To, że prze­żył ten strasz­liwy czas, za­wdzię­czał przede wszyst­kim żoł­nie­rzom so­wiec­kim i Ro­sjance tłu­maczce, która przed­sta­wiła praw­dziwy prze­bieg aresz­to­wa­nia Wiącka so­wiec­kiemu ofi­ce­rowi. Tor­tury, ja­kie sto­so­wane były wo­bec wo­jen­nego bo­ha­tera przez ubow­ców, któ­rzy prze­cież byli Po­la­kami, na pewno spo­wo­do­wa­łyby śmierć, gdyby nie wspa­niała po­stawa dr Do­bkie­wi­cza i jego żony oraz per­so­nelu san­do­mier­skiego szpi­tala.
Do­wódcy „Ję­dru­siów” po­sta­wiono naj­cięż­sze za­rzuty, a więc, że współ­pra­co­wał z Niem­cami, że mor­do­wał Ży­dów i że w ogóle był groź­nym ban­dytą. Mimo tych oskar­żeń zo­stał zwol­niony z wię­zie­nia w kwiet­niu 1946 roku. Po­wró­cił do domu, za­jął się pracą na roli. We wrze­śniu oże­nił się z He­leną Ho­ło­ciń­ską z po­bli­skiego Szwa­growa, którą da­rzył uczu­ciem dużo wcze­śniej, ale wojna i aresz­to­wa­nia po za­koń­cze­niu dzia­łań wo­jen­nych nie po­zwa­lały na za­war­cie związku mał­żeń­skiego.
W li­sto­pa­dzie 1946 roku Jó­zefa Wiącka po­now­nie aresz­to­wano. Do­ko­nał tego Wo­je­wódzki Urząd Bez­pie­czeń­stwa oskar­ża­jąc pra­wego czło­wieka o współ­pracę z Niem­cami. Sąd Okrę­gowy w Ra­do­miu na se­sji wy­jaz­do­wej w San­do­mie­rzu wy­dał wer­dykt unie­win­nia­jący. Pro­ku­ra­tura nie chciała się z tym zgo­dzić. Do­piero Sąd Naj­wyż­szy 27 lipca 1948 roku utrzy­mał wy­rok unie­win­nia­jący.
Tra­giczne były rów­nież po­wo­jenne losy za­stępcy do­wódcy „Ję­dru­siów”, jego brata — Sta­ni­sława Wiącka „In­spek­tora”. Zo­stał on aresz­to­wany pod fał­szy­wym za­rzu­tem de­zer­cji z woj­ska, nie­le­gal­nego po­sia­da­nia broni i przy­na­leż­no­ści do bar­dzo groź­nej bandy. Osą­dzono go i ska­zano na karę śmierci, za­mie­nio­nej na wię­zie­nie, z któ­rego wró­cił do­piero po dzie­się­ciu la­tach w 1956 roku.
Jó­zef Wią­cek de­cy­zją Sądu Naj­wyż­szego był wresz­cie wolny, ale czy w pełni? Ów­cze­sne wła­dze bały się tego spo­koj­nego, skrom­nego czło­wieka, bały się le­gendy „Ję­dru­siów”. Bali się ogrom­nego au­to­ry­tetu po­rucz­nika Sowy, któ­rym cie­szył się wśród lud­no­ści ziemi san­do­mier­skiej. Uczy­nili wszystko, by zmu­sić go do opusz­cze­nia ro­dzin­nego gniazda, ro­dzin­nych stron.
Wy­je­chał z żoną i roczną có­reczką Anią do Ko­ra­lewa koło Kę­trzyna, nie­da­leko Gier­łoży słyn­nej z „wil­czego szańca” — sie­dziby Hi­tlera. W Ko­ra­le­wie znaj­do­wało się duże go­spo­dar­stwo rolne przy śred­niej szkole rol­ni­czej i ra­chun­ko­wo­ści. Była to pierw­sza tego typu pol­ska szkoła na tych te­re­nach. Mie­ściła się w po­nie­miec­kich ko­sza­rach. Li­czyła około 1200 uczniów. Zda­rzało się, że ucznio­wie mieli po 28 lat, a do szkoły przy­szli pro­sto „z lasu”, a czę­sto i z bro­nią. Jó­zef Wią­cek otrzy­mał po­sadę kie­row­nika go­spo­dar­stwa szkol­nego. Otrzy­mał duże miesz­ka­nie w pa­łacu. W Ko­ra­le­wie przy­szły na świat ko­lejne dzieci — He­lena
i Ja­nusz. Ro­dzina cie­szyła się, że wresz­cie do­cze­kali się pew­nej sta­bi­li­za­cji. Nie­stety, ra­dość była przed­wcze­sna. Mimo, że Jó­zef był bar­dzo do­brym pra­cow­ni­kiem, to jed­nak mu­siał opu­ścić Ko­ra­lewo. W stycz­niu 1953 roku ro­dzina prze­nio­sła się do Ur­sy­nowa. Wią­cek, we­dług za­sady „naj­ciem­niej jest pod la­tar­nią” kie­ro­wał go­spo­dar­stwem przy cen­trum szko­le­nia dy­rek­to­rów pań­stwo­wych ośrod­ków ma­szy­no­wych i pre­ze­sów spół­dzielni pro­duk­cyj­nych. Ro­dzina miała do swo­jej dys­po­zy­cji cały do­mek. W pierw­szych dniach Jó­zef stwier­dził, że będą tu co naj­mniej 20 lat. Wy­trzy­mał nie­spełna 10 mie­sięcy. Do ro­dzin­nej uko­cha­nej Trzcianki, nie mógł wró­cić.
Je­sie­nią 1953 roku ro­dzina Wiąc­ków przy­je­chała do Kwi­dzyna. Na dworcu nikt na nich nie cze­kał. Żona z dziećmi i ca­łym do­byt­kiem zo­stała na sta­cji, a Jó­zef pie­szo po­szedł do Obór. Wró­cił na kon­nej plat­for­mie ze zła­ma­nym re­so­rem. Po­moc­ni­cze Go­spo­dar­stwo Obory przy Tech­ni­kum Me­cha­ni­za­cji Rol­nic­twa było mocno za­nie­dbane. Przed Wiąc­kiem pra­co­wało tam kilku sze­fów, ale ża­den dłu­żej nie wy­trzy­mał. Jó­zef Wią­cek wy­trzy­mał, cho­ciaż po­czątki były trudne. Miesz­kali w kuchni, było zimno. Po­przed­nik jesz­cze się nie wy­pro­wa­dził. Na wio­snę ku­pili dwie świ­nie. Pod­kar­mili, sprze­dali, do­ło­żyli i ku­pili krowę. Żona He­lena pra­co­wała w fer­mie kur i ka­czek. W 1959 roku Jó­zef za­czął sprze­da­wać zie­mię w ro­dzin­nej Trzciance.
Tra­fił w do­brą ko­niunk­turę — w oko­li­cach Tar­no­brzegu na co­raz więk­szą skalę wy­do­by­wano siarkę, cena ziemi wzro­sła. W po­bli­skich Dwi­ko­zach roz­wi­jały się Za­kłady Prze­my­słu Owo­cowo — Wa­rzyw­nego. Opła­cała się uprawa wa­rzyw i owo­ców, to rów­nież wpły­nęło na cenę ziemi. Pie­nię­dzy uzy­ska­nych ze sprze­daży oj­co­wi­zny nie zmar­no­wano. Roz­po­częto w 1961 roku bu­dowę domu w Kwi­dzy­nie przy ulicy Ka­ro­wej.
W Obo­rach do­brze im się miesz­kało. Był tam duży dom z we­randą, wo­kół piękne drzewa, na wio­snę kwi­tły ma­gno­lie. Od pierw­szego dnia Jó­zef Wią­cek po­świę­cił cały swój czas go­spo­dar­stwu, któ­rym kie­ro­wał. Był czło­wie­kiem uczci­wym i bar­dzo pra­co­wi­tym. Za­trud­nił swą żonę, a na­stęp­nie naj­star­szą córkę Annę jako zoo­tech­nika — pła­cił im naj­niż­sze stawki, a wy­ma­gał, aby roz­po­czy­nały pracę o godz. 4.00 rano. Twier­dził, że ro­dzinę musi „po­ga­niać” do pracy. Dzi­siaj Anna mówi, że Tato miał ra­cję. Jego na­uki pro­cen­tują te­raz we wła­snym go­spo­dar­stwie.
Jó­zef Wią­cek o go­spo­dar­stwo w Obo­rach dbał jak o wła­sny ma­ją­tek. Z wo­je­wódz­kimi wła­dzami wal­czył o to, by jego pra­cow­nicy — trak­to­rzy­ści i obo­rowi miesz­kali w god­nych wa­run­kach. Nie to­le­ro­wał nie­ro­bów i pi­ja­ków. Dla niego naj­wyż­szą war­to­ścią była kon­kretna praca, a nie pie­nią­dze. Nie uwa­żał sie­bie za bo­ha­tera. Po la­tach wy­ba­czał na­wet tym, od któ­rych do­znał ogrom­nych cier­pień. Hi­sto­rie swo­jego ży­cia prze­ka­zy­wał naj­star­szej córce, ale o „Ję­dru­siach” mó­wił nie­wiele, frag­men­ta­rycz­nie. Dużo czy­tał, głów­nie pa­mięt­niki zna­czą­cych oso­bo­wo­ści, a ulu­bioną jego po­sta­cią li­te­racką był Hasz­kowy Szwejk. Z cza­sem ze­brał bo­gaty księ­go­zbiór. Hi­sto­rią za­in­te­re­so­wał swe dzieci. Ich gro­madka po­więk­szała się, w Kwi­dzy­nie uro­dziła się naj­młod­sza córka Do­rota. Dla młod­szego po­ko­le­nia Wiąc­ków w hi­sto­rii nie było bia­łych plam. Pa­mię­tał przed­wo­jenną biedę na wsi i pa­mię­tał dą­że­nia swej matki do kształ­ce­nia dzieci. On też to czy­nił. Anna wspo­mina, że Tato był wspa­niały, ale dzieci „tre­so­wał”. W każdą so­botę spraw­dzał ze­szyty. Które otrzy­mało „dwóję” — nie brało udziału w ro­dzin­nych wy­ciecz­kach, a był oj­ciec świet­nym or­ga­ni­za­to­rem dzie­cię­cych roz­ry­wek. Cza­sami śpie­wał, rzadko „Ję­dru­siowi dolę”, czę­ściej „Marsz Kar­pac­kiej Bry­gady” lub pie­śni Ję­dru­siowe, które stwo­rzył pod­władny szefa Józka — Zbi­gniew Ka­bata o par­ty­zanc­kim pseu­do­ni­mie Bobo. Dzieci naj­czę­ściej sły­szały jak Tato śpie­wał:

Nie wiem kto mo­dły za tobą po­syła,
matka, czy oj­ciec, czy brat?
Żadna już Cie­bie nie wróci nam siła,
a na mo­gile uwiądł kwiat.

1963 roku dom przy ulicy Ka­ro­wej był go­towy. Z cza­sem stał się ro­dzin­nym sie­dli­skiem. Przy domu było sporo ziemi — pół hek­tara, ale Jó­zef się nią nie zaj­mo­wał. Wszyst­kie swe siły i czas po­świę­cił go­spo­dar­stwu w Obo­rach.
Wy­da­wać się mo­gło, że już żadne zło go nie spo­tka, że prze­śla­do­wa­nie, szka­lo­wa­nie Ję­dru­siów znik­nęło po 1956 roku bez­pow­rot­nie. Otóż nie, jesz­cze w końcu lat sie­dem­dzie­sią­tych zna­leźli się pseu­do­hi­sto­rycy, a wśród nich bry­lo­wał Ste­fan Skwa­rek, au­tor książki za­ty­tu­ło­wa­nej „Na wy­su­nię­tych po­ste­run­kach”. Skwa­rek usi­ło­wał ob­rzu­cić bło­tem do­wódcę Ję­dru­siów oraz jego par­ty­zan­tów. We­dług Skwarka „Ję­dru­sie” byli ban­dy­tami. Jó­zef Wią­cek wy­to­czył au­to­rowi tych bzdur pro­ces o znie­sła­wie­nie i wy­grał go. Wy­rok zo­stał opu­bli­ko­wany w kie­lec­kiej pra­sie.
1978 roku nad­szedł czas eme­ry­tury. Jó­zef bar­dzo do­brze wy­ra­żał się o panu Pyrce, który za­jął jego sta­no­wi­sko, okre­ślał go god­nym na­stępcą. Nie stał się jed­nak bez­czyn­nym eme­ry­tem, na­dal do­ko­ny­wał za­ku­pów ma­szyn rol­ni­czych dla go­spo­darstw szkol­nych w ca­łym wo­je­wódz­twie. Mi­jały lata, zmie­niła się po­li­tyka władz pol­skich. „Ję­dru­sie” już nie byli ban­dy­tami za­gra­ża­ją­cymi Pol­sce. Od­zy­skali za­szczytne, na­leżne im w hi­sto­rii miej­sce. Jó­zef Wią­cek, wraz ze swymi daw­nymi par­ty­zan­tami, włą­czył się w prace, któ­rych efek­tem było upa­mięt­nie­nie walki „Ję­dru­siów”, a przede wszyst­kim Wła­dy­sława Ja­siń­skiego, twórcy „Od­wetu” i twórcy oraz pierw­szego do­wódcy par­ty­zanc­kiego od­działu „Ję­dru­siów”. Za­częły po­wsta­wać dru­żyny har­cer­skie, szczepy, szkoły o imio­nach zwią­za­nych z „Ję­dru­siami”.
Szef Jó­zek spo­ty­kał się ze swo­imi pod­ko­mend­nymi. Naj­młod­sza córka Do­rota mó­wiła: „Tato po­je­chał spo­tkać się z chło­pa­kami.” Czło­wiek nie­zwy­kle skromny, po­chło­nięty pracą, pro­ble­mami ro­dzin­nymi, nie lu­bił opo­wia­dać o so­bie, o la­tach wojny. Ale miesz­kańcy Kwi­dzyna znali jego par­ty­zancką prze­szłość i sza­no­wali go, ce­nili wła­śnie za jego skrom­ność. A On po­sia­dał nie­ba­ga­telne od­zna­cze­nia: Srebrny Krzyż Vir­tuti Mi­li­tari, Krzyż Wa­lecz­nych, Krzyż Par­ty­zancki, Krzyż Ka­wa­ler­ski Or­deru Od­ro­dze­nia Pol­ski, Krzyż Ofi­cer­ski Or­deru Od­ro­dze­nia Pol­ski, Me­dal za Udział w Woj­nie Obron­nej 1939 roku, Me­dal 40-le­cia Pol­ski Lu­do­wej, Me­dal Zwy­cię­stwa i Wol­no­ści. Brał udział w pracy spo­łecz­nej. Był rad­nym przez kilka ka­den­cji. Otrzy­mał także re­sor­towe od­zna­cze­nie-Za­słu­żony Pra­cow­nik Rol­nic­twa. Ostatni raz uczest­ni­czył w ak­cie po­świę­ce­nia sztan­daru Szkoły Pod­sta­wo­wej w Gaw­łu­szo­wi­cach no­szą­cej imię Wła­dy­sława Ja­siń­skiego w kwiet­niu 1990 roku. Był już bar­dzo chory, ale nie da­wał tego po­znać po so­bie. Zmarł 20 li­sto­pada 1990 roku. Dwa dni póź­niej dawni par­ty­zanci nad Jego gro­bem na kwi­dzyń­skim cmen­ta­rzu po raz ostatni za­śpie­wali Mu Hymn „Ję­dru­siów”:

Kto ży­cie ze śmier­cią sprzęga,
Ten prawo ma gwiz­dać na ten świat.
Nam nie straszna ger­mań­ska po­tęga,
A kula nam w cze­re­pie wierny brat.

Na­przód! Na­przód wciąż dą­żymy
Do celu wrót!
I śmierci w pysk wprost pa­trzymy.
Na­przód! Na­przód! Na­przód!

Niech brzu­cha­cze się pasą, a skąpcy biją trzos,
Dy­plo­mata o sła­wie niech śni,
A my -
Peł­nym brzu­chom i trzo­som śmiejmy się w głos,
Bo sława leży nam jak pies u drzwi.

My „ban­dyci Ję­dru­sia” więc wszystko jedno nam,
Dolę przyj­miem czy do­brą, czy złą,
Choć na dro­dze nam sta­nie ro­gaty dia­beł sam,
Śpie­wamy za­wsze na­szą piosnkę tą

Tekst opra­co­wała Anna Bień­kow­ska na pod­sta­wie ma­te­ria­łów ro­dzin­nych, udo­stęp­nio­nych przez pa­nią Annę, córkę Jó­zefa Wiącka. Ar­ty­kuł pu­bli­ko­wany w kwar­tal­niku „Schody Ka­wowe”, nu­mery: 3/15 (Rok IV) li­piec-wrze­sień 2003, 4/16 (Rok IV) paź­dzier­nik-gru­dzień 2003 oraz 1/17 (Rok V), sty­czeń-ma­rzec 2004.