Mieczysław Jankiewicz

PAMIĘTNIK mieszkańca Ziemi Kwidzyńskiej
Mieczysława Jankiewicza – seniora (18991981),
emerytowanego Kierownika Powiatowego Biura Geodezji i Urządzeń Rolnych w Kwidzynie

P iszę ten pa­mięt­nik w roku 1969, w któ­rym to mija ćwierć wieku od po­wsta­nia w wy­zwo­lo­nym Lu­bli­nie pierw­szych władz Pol­skiej Rzecz­po­spo­li­tej Lu­do­wej, mi­jają 24 lata od za­koń­cze­nia dru­giej wojny świa­to­wej, a dla mnie mi­jają 23 lata od opusz­cze­nia Lu­blina i osie­dle­nia się w Kwi­dzy­nie.

Przy­stę­pu­jąc do pi­sa­nia, za­sta­na­wia­łem się od czego za­cząć pi­sać te wspo­mnie­nia i uzna­łem za naj­wła­ściw­szy mo­ment mie­siąc li­piec 1944 roku, gdyż bę­dąc wów­czas miesz­kań­cem Lu­blina, mam moż­ność opi­sać dni, w któ­rych na mo­ich oczach po­wsta­wać za­częła w tym mie­ście nowa rze­czy­wi­stość, w któ­rej do dziś ży­jemy.

Uro­dzi­łem się 11 grud­nia 1899 roku w Lu­bli­nie i w mie­ście tym mia­łem oka­zję prze­ży­wać dwa hi­sto­ryczne mo­menty, pierw­szy w li­sto­pa­dzie 1918 roku — roz­bro­je­nie Au­stry­ja­ków i utwo­rze­nie Rządu Tym­cza­so­wego przez Igna­cego Da­szyń­skiego za­my­ka­jące okres utraty przez Pol­skę wła­snej pań­stwo­wo­ści i drugi mo­ment, kiedy 24 lipca 1944 roku, po pra­wie pię­cio­let­niej oku­pa­cji nie­miec­kiej Lu­blin zo­stał wy­zwo­lony przez woj­ska ra­dziec­kie i pol­skie i znów na krótki okres zo­stał sto­licą wy­zwo­lo­nej Pol­ski.

W obu tych la­tach, mia­sto ocze­ki­wało wol­no­ści, ale w 1944 roku przy­wró­ce­nie wol­no­ści ozna­czało nie tylko po­wrót pol­skich władz, wol­ność przy­nieść miała na­ro­dowi oca­le­nie od zu­peł­nego znisz­cze­nia. Od 1941 roku, w obo­zie za­głady na przed­mie­ściu Lu­blina – Maj­da­nek, bez prze­rwy dy­miły piece kre­ma­to­ryjne, które po­chło­nęły 1,5 mi­liona lu­dzi. Spa­lono wszyst­kich Ży­dów lu­bel­skich, któ­rzy przed wojną sta­no­wili pra­wie po­łowę lud­no­ści mia­sta. Cią­głe ła­panki na uli­cach, wy­wo­że­nie na ro­boty do Nie­miec, gło­dowe przy­działy żyw­no­ści dla lud­no­ści, ru­go­wa­nie lud­no­ści pol­skiej z do­tych­cza­so­wych miesz­kań i two­rze­nie w mie­ście dziel­nic dla Niem­ców, prze­mia­no­wa­nie Za­mo­ścia na Him­m­ler­stadt i wy­sie­dle­nie chłop­ców z po­wiatu za­moj­skiego, a spro­wa­dze­nie na ich miej­sce osad­ni­ków nie­miec­kich, wszystko to mó­wiło, że los na­rodu za­leży tylko od zwy­cię­skiego za­koń­cze­nia wojny.

Wresz­cie nad­szedł rok 1944 i dzień wol­no­ści za­czął się zbli­żać. Na lu­belsz­czyź­nie roz­wi­nęła się silna dzia­łal­ność od­dzia­łów par­ty­zanc­kich, na ter­ro­ry­styczne wy­stą­pie­nia oku­panta od­po­wia­dały one wy­sa­dza­niem po­cią­gów, na­pa­dami na po­ste­runki żan­dar­me­rii, ak­cją prze­ciwko osad­ni­kom nie­miec­kim na za­mojsz­czyź­nie. Na dro­gach wy­lo­to­wych z Lu­blina wi­dzia­łem usta­wione ta­blice z na­pi­sem Ach­tung ban­den­ge­fahr, nicht ein­zeln fah­ren, ge­wehr in be­re­ita­chaft hal­ten co zna­czy „Uwaga nie­bez­pie­czeń­stwo band, nie je­chać po­je­dyn­czo, broń trzy­mać w po­go­to­wiu”. Przy ta­kiej ta­blicy stał żan­darm, który za­trzy­my­wał wy­jeż­dża­jące sa­mo­chody i for­mo­wał je w ko­lumnę skła­da­jącą się z więk­szej ilo­ści wo­zów.

W maju 1944 Niemcy roz­po­częli ko­pa­nie oko­pów wo­kół mia­sta, do ko­pa­nia po­wo­ły­wano lud­ność we­dług grup za­trud­nie­nia. By­łem i ja parę razy na tych ro­bo­tach, włą­czony do grupy pra­cow­ni­ków Urzędu Ziem­skiego, jako pra­cu­jący w mier­nic­twie. Do pracy szło się jak na ma­jówkę, z domu do­sta­wało się coś po­sil­nego do je­dze­nia, a w cza­sie prze­rwy obia­do­wej czę­sto zja­wiały się bu­telki z czer­woną kartką.

Miesz­czu­chy, w kon­tak­cie z przy­rodą, na­bie­rali wi­goru pa­mię­tam, jak kie­dyś pod ko­niec prze­rwy obia­do­wej, grupa fry­zje­rów ob­sa­dziła wy­ko­pany przez sie­bie okop i bro­niła go bry­łami ziemi przed na­cie­ra­ją­cymi prze­ciw­ni­kami. Żoł­nierz z we­rmachtu, stary Nie­miec, który wraz z fry­zje­rami spo­żył za­kra­piane śnia­da­nie sie­dział z boku i za­śmie­wał się. Okopy ko­pało się na przed­mie­ściach z dala od gwaru mia­sta i z ra­do­ścią można było usły­szeć, że front się przy­bliża, wiatr od strony wschod­niej cza­sami przy­no­sił głu­chy po­mruk ar­mat. Nad­zo­ru­jący nas Niemcy, żoł­nie­rze ze sta­rych rocz­ni­ków bez prze­ko­na­nia peł­nili swoje funk­cje. Można się było z nimi wda­wać w roz­mówki, razu jed­nego taki żoł­nierz za­py­tany o to ja­kie zna­cze­nie dla czoł­gów ma taki okop od­po­wie­dział, że żadne i że są one ko­pane prze­ciw par­ty­zan­tom. Do­dał po chwili ja te okopy ko­pię już od Kau­kazu i w dwa ty­go­dnie po ich wy­ko­pa­niu Iwan już w nich jest.

In­nego dnia przy­pro­wa­dzono nas do wy­koń­cze­nia bun­kra na przed­mie­ściu Ta­tary, bli­sko obec­nej fa­bryki sa­mo­cho­dów cię­ża­ro­wych, w cza­sie prze­rwy obia­do­wej sie­dzie­li­śmy pod zie­mią, bo na dwo­rze był upał. Jedna ko­bieta wy­jęła list w nie­bie­skiej ko­per­cie, na­pi­sany przez nią do męża wy­wie­zio­nego na ro­boty do Nie­miec, list ten zwró­ciła jej poczta, ko­bieta skło­po­tana py­tała się, co to może zna­czyć. Za­in­te­re­so­wał się tym li­stem nad­zo­ru­jący nas Nie­miec, prze­czy­tał ad­res i mówi po nie­miecku – Fre­iberg, to mia­sto, gdzie Hi­tler pierw­szy raz prze­lał krew ro­bot­ni­czą /​ja nie znam tego faktu/​i po­wiada, że jest taka pieśń o tym i za­czął śpie­wać na nutę Mię­dzy­na­ro­dówki. Je­den z ro­bot­ni­ków wy­biegł z bun­kra i sta­nął na war­cie, a po­zo­stali od­śpie­wali Mię­dzy­na­ro­dówkę wraz z Niem­cem. Zro­biono składkę, jed­nego po­słano po wódkę, wy­do­byto do­mowe spe­cjały i od Niemca do­wie­dzie­li­śmy się, że jest on ko­mu­ni­stą, że der Krieg geht zu Eden i Hi­tler ist ka­put.

Pa­mię­tam jak kie­dyś zo­sta­wiono mnie sa­mego na te­re­nie ko­szar do wy­czysz­cze­nia z brył głę­bo­kiego i du­żego dołu na amu­ni­cję. Za­jęty ro­botą na­raz sły­szę po ro­syj­sku „Pan kupi sie­bie koc, imieju cha­ro­szij koc”. Za­sko­czony pod­no­szę głowę i wi­dzę żoł­nie­rza nie­miec­kiego sto­ją­cego nad brze­giem dołu. Zdzi­wiony mó­wię do niego otkuda wy tak cha­ra­szo go­wo­ri­tie po ru­sku, a on mi od­po­wiada ja ru­skij, w plen po­pał, z głodu umi­rał, a obec­nie je­stem fur­ma­nem, mam parę koni i wóz. Oczy­wi­ście koca nie ku­pi­łem.

Z kon­tak­tów ja­kie się miało z Niem­cami w cza­sie tych ro­bót, od­nio­sło się prze­ko­na­nie, że nie ma już u Niem­ców wiary w zwy­cię­stwo i wi­dzą oni nad­cho­dzącą klę­skę. 

W związku z ko­pa­niem oko­pów wo­kół mia­sta miały miej­sce aresz­to­wa­nia pra­cow­ni­ków Miej­skiego Biura Po­mia­rów pod za­rzu­tem do­star­cze­nia par­ty­zan­tom pla­nów z na­nie­sio­nymi oko­pami. Kie­row­nik Biura Po­mia­rów inż. Sa­dow­nik unik­nął aresz­to­wa­nia, gdyż nie za­stano go w domu, za­aresz­to­wano jego młod­szego brata. Udało się go wy­ku­pić od Niem­ców na dwa dni przed ma­sa­krą więź­niów na Zamku lu­bel­skim.

Do tych oznak wska­zu­ją­cych na bli­ski ko­niec oku­pa­cji do­szły wie­ści o wy­lą­do­wa­niu we Fran­cji wojsk alianc­kich, po­wstał drugi front, rów­nież wia­do­mość o za­ma­chu na Hi­tlera do­ko­na­nym w jego kwa­te­rze przez ge­ne­ra­łów, po­twier­dziły prze­ko­na­nie, że to już nad­cho­dzi ko­niec but­nej prze­mocy nie­miec­kiej. Za­częły się na­loty sa­mo­lo­tów ra­dziec­kich i bom­bar­do­wa­nia nocne. Bomby rzu­cane były na obiekty woj­skowe i dziel­nice wy­dzie­lone dla Niem­ców. Mimo to wiele osób, opusz­czało na noc, swoje miesz­ka­nia.

Niemcy roz­le­pili afi­sze z we­zwa­niem, aby pra­cow­nicy nie opusz­czali swo­ich miejsc pracy i gro­zili w nich aresz­to­wa­niem tych, któ­rzy się do pracy nie sta­wią.

20 lipca przez Lu­blin prze­je­chał długi ta­bor wo­zów na­ła­do­wa­nych be­tami i ro­dzi­nami ko­lo­ni­stów nie­miec­kich z za­mojsz­czy­zny, któ­rzy ewa­ku­owali się za­bie­ra­jąc wszystko co dało się za­brać. Byli uzbro­jeni w ka­ra­biny i pa­trzyli jak wilki na lud­ność przyj­mu­jącą tę de­fi­ladę.

Wzmógł się ruch sa­mo­cho­dowy. Na­stęp­nego dnia trudno już było przejść przez ulice tyle sa­mo­cho­dów prze­jeż­dżało przez mia­sto. Za­częła się rów­nież ewa­ku­acja Lu­blina. 24 lipca 1944 roku wy­sze­dłem ran­kiem do mia­sta, z je­de­na­sto­let­nim sy­nem, aby mu po­ka­zać jak Niemcy ucie­kają. Po­tok ucie­ka­ją­cych sa­mo­cho­dów wy­peł­niał ulice, two­rzyły się za­tory, wi­działo się ofi­ce­rów z nie­ogo­lo­nymi bro­dami, w brud­nych ko­szu­lach, ko­rzy­sta­ją­cych z chwi­lo­wego po­stoju, aby się po­ło­żyć na chod­niku w cie­niu ka­mie­nicy.

Swąd spa­lo­nej ben­zyny, nie­ustanny war­kot mo­to­rów, ner­wowy po­śpiech, do­kład­nie przy­po­mi­nały nasz od­wrót w 1939 roku tylko w więk­szej skali.
Na ulicy Kra­kow­skie Przed­mie­ście star­szy już męż­czy­zna stał na swoim sta­łym miej­scu sprze­daży ga­zet i wy­krzy­ki­wał „ostatni Głos Lu­bel­ski”. Ku­pu­jąc ga­zetę spy­ta­łem go, czy na­prawdę ostatni, a on mi od­po­wiada – wi­dzi pan co się dzieje, ostatni na pewno.

Od­pro­wa­dzi­łem syna do domu, a sam po­sze­dłem spro­wa­dzić wę­giel. Je­den z po­znań­czy­ków wy­sie­dlony przez Niem­ców za­pro­po­no­wał mi abym ku­pił od niego kwit na opła­coną tonę wę­gla, gdyż on ma za­miar wy­jeż­dżać z Lu­blina, aby nie być od­cię­tym od Po­zna­nia przez li­nię frontu. Wzią­łem ten kwit z wa­run­kiem, że za­płacę, je­żeli mi się uda ten wę­giel spro­wa­dzić i uda­łem się do składu opa­ło­wego. Skład ten po­ło­żony był w po­bliżu te­re­nów ko­le­jo­wych w dziel­nicy Bro­no­wice. Skład był czynny, ma­ga­zy­nier spraw­dził w książce i mówi mi, że wę­giel jest za­pła­cony wraz z prze­wo­zem, ale nie ma żad­nego kie­rowcy, bo wraz z kie­row­ni­kiem Niem­cem wy­je­chali do Ra­do­mia. Je­żeli znajdę fur­mana, to on mi wę­giel może wy­dać. Na po­stoju, gdzie zwy­kle było dużo wo­za­ków za­sta­łem tylko jed­nego, który gdy mu po­wie­dzia­łem, że miesz­kam w śród­mie­ściu od­mó­wił, mo­ty­wu­jąc, że nie ma mowy, aby prze­je­chać przez za­tło­czone woj­sko­wymi trans­por­tami ulice. Do­dał on jesz­cze, że za­raz zje­dzie z po­stoju do domu, bo przed chwilą się do­wie­dział, że w miej­sco­wo­ści Cie­cie­rzyn są już woj­ska pol­skie.
Wia­do­mość ta wy­dała mi się fan­ta­styczną i wró­ci­łem do składu szu­kać in­nej oka­zji, gdyż bar­dzo mi za­le­żało na tym wę­glu. Na po­dwó­rzu składu stały dwa sa­mo­chody cię­ża­rowe i na­gle na po­dwó­rze wbiega pod­ofi­cer z żoł­nie­rzem i mówi, że po­trzebny mu jest sa­mo­chód na pół go­dziny, mówi, że on go zwróci on nie kła­mie bo jest Au­stry­ja­kiem (Ich luge nicht ich bin Oester­re­icher).

Oka­zało się, że klu­czy­ków do sa­mo­cho­dów ma­ga­zy­nier nie po­sia­dał. Wy­bie­ga­ją­cego pod­ofi­cera zdą­ży­łem za­py­tać jak da­leko jest front, od­po­wie­dział 10 ki­lo­me­trów i wy­biegł na ulicę. Zo­rien­to­wa­łem się, że wia­do­mość o woj­skach pol­skich w Cie­cie­rzy­nie to nie fan­ta­zja, po­my­śla­łem o tym aby jak naj­prę­dzej zna­leźć się w domu bo mogą się wy­wią­zać walki uliczne, a mia­łem przejść ze dwa ki­lo­me­try. 

Na ulicy Za­moj­skiej za­czą­łem spo­ty­kać po­sta­cie wy­bla­dłe, idące osła­bio­nym kro­kiem, oka­zało się, że są to więź­nio­wie wy­pusz­czeni z wię­zie­nia na zamku. Spo­tka­łam wtedy tech­nika Pro­miń­skiego, le­d­wie szedł, spo­cona ko­szula przy­le­piała się mu na ple­cach, ręce w prze­gu­bach miał oban­da­żo­wane. Był on pra­cow­ni­kiem Biura Po­mia­rów mia­sta Lu­blina i aresz­to­wano go wraz z in­nymi za wy­da­nie pla­nów par­ty­zan­tom o czym już pi­sa­łem. Wzią­łem go pod rękę i pro­wa­dzi­łem do domu z po­wro­tem na Bro­no­wie. Po dro­dze wpro­wa­dzi­łem go do ka­wia­renki, aby coś zjadł. O je­dze­niu nie chciał sły­szeć, na­pił się tylko oran­żady. Opo­wie­dział mi co przed chwilą prze­żył. Od rana Niemcy na Zamku roz­strze­li­wali więź­niów, z po­czątku wy­pro­wa­dzali ich z cel, a w końcu wy­strze­lali w ce­lach.
Przed po­łu­dniem Niemcy opu­ścili Za­mek i więź­nio­wie któ­rzy oca­leli ro­ze­szli się po mie­ście. Za­bito wtedy około 300 osób, po­grzeb na sto­kach wzgó­rza zam­ko­wego od­był się dwa dni po­tem, przy tłu­mach pu­blicz­no­ści. Zgi­nęli oni na parę go­dzin przed oswo­bo­dze­niem mia­sta. Jak się póź­niej do­wie­dzia­łem zgi­nęło tam wtedy kilku mo­ich zna­jo­mych, a mię­dzy nimi mój bli­ski ko­lega z pod­cho­rą­żówki w Kra­ko­wie, Ka­zi­mierz Ka­licki. Od­pro­wa­dzi­łem Pro­miń­skiego do domu, od­da­łem go pod opiekę żo­nie, zo­sta­wi­łem im pie­nią­dze ja­kie mia­łem przy so­bie i szybko wra­ca­łem do domu. Wy­gląd ulic zmie­niał się bo­wiem z każdą chwilą, z fa­bryki ma­szyn rol­ni­czych Wol­skiego cy­wile za­częli wy­ta­czać na ulicę wozy ta­bo­rowe, które fa­bryka ro­biła dla woj­ska. Chłop przy dy­szlu, żona po­py­cha, ga­pie się przy­glą­dają, a Niemcy jadą i jadą nie zwra­ca­jąc na to uwagi. W oko­li­cach ko­ścioła gar­ni­zo­no­wego wi­dać wiel­kie kłęby dymu, pa­liły się tam ja­kieś ba­raki. Przy­sze­dłem do domu około go­dziny dru­giej. Sie­dząc przy obie­dzie usły­sze­li­śmy silne de­to­na­cje, to czołgi ra­dziec­kie były już w śród­mie­ściu i to­czyły walkę. Sy­no­wie moi przy­zwy­cza­jeni, że przed na­lo­tem za­wsze sy­reny ry­czały na alarm, a tym ra­zem tego nie było wy­ra­zili nie­za­do­wo­le­nie, co za po­rządki, już bom­bar­dują, a nie było alarmu.

24 lipca 1944 roku Lu­blin zo­stał za­jęty przez woj­ska ra­dziec­kie i pol­skie. Przez dwa dni jesz­cze bro­nili się Niemcy w nie­któ­rych bu­dyn­kach mię­dzy in­nymi w pa­łacu po­ra­dzi­wił­łow­skim i na końcu ulicy 3 Maja, ja miesz­ka­łem przy ulicy Wy­szyń­skiego, która była pod ostrza­łem z pa­łacu po­ra­dzi­wił­łow­skiego i do­piero 26 lipca mo­gli­śmy wyjść na ulice. Na uli­cach le­żały trupy żoł­nie­rzy nie­miec­kich, wi­działo się dużo za­bi­tych koni, w wą­skiej uliczce Pi­jar­skiej stały na­prze­ciw sie­bie dwa czołgi, które sty­kały się lu­fami, oba spa­lone. Domy przy tej uliczce spa­liły się. Koło wo­do­cią­gów przy mo­ście na By­strzycy le­żał czołg na wie­życzce i lu­fie, ob­ró­cony gą­sie­ni­cami do góry, taki sam na końcu ulicy 3 Maja. W śród­mie­ściu, kilka ka­mie­nic spa­lo­nych, parę uszko­dzo­nych po­ci­skami, jezd­nie i chod­niki po­trza­skane, w wielu skle­pach okna bez szyb za­bite de­skami.
Mi­ja­łem te znaki wojny bez spe­cjal­nego za­in­te­re­so­wa­nia, mi­mo­wol­nie za­li­cza­jąc je do tego zła, co już mi­nęło, a czło­wiek szedł uli­cami i na­sta­wiony był na po­szu­ki­wa­nie oznak tej no­wej rze­czy­wi­sto­ści, która na­de­szła. Chciało się jak naj­prę­dzej do­wie­dzieć jaką ona jest i co przy­nosi.
Na mie­ście na­strój ra­do­sny, domy przy­brane fla­gami na­ro­do­wymi. Do­wia­duję się, że na ulicy Spo­koj­nej (obec­nie ulica 22 Lipca) w gma­chu daw­nej Izby Skar­bo­wej ob­rał so­bie sie­dzibę Pol­ski Ko­mi­tet Wy­zwo­le­nia Na­ro­do­wego. Czy­tam, wraz z licz­nymi prze­chod­niami, pla­katy z Ma­ni­fe­stem Ko­mi­tetu. Do­wia­duje się z niego o za­po­wie­dzi prze­pro­wa­dze­nia, na­tych­miast, re­formy rol­nej. Jako mier­ni­czy zdaję so­bie sprawę, że będę brał w tym udział. Czy­tam da­lej we­zwa­nie do pro­wa­dze­nia dal­szej walki z oku­pan­tem i o tym, że zie­mie za­chod­nie będą wy­zwo­lone, a gra­nicą sta­nie się Odra i Nysa.

Czy­ta­jąc ten Ma­ni­fest nie przy­pusz­cza­łem, że tak szybko za­czną się re­ali­zo­wać za­po­wie­dziane za­mie­rze­nia, że pro­gram w nim za­warty, od­mieni ży­cie ca­łego na­rodu, a mnie lu­bli­niaka od 45 lat miesz­ka­ją­cego w tym pięk­nym mie­ście, wy­cią­gnie z ro­dziną na zie­mie od­zy­skane, które wtedy były czymś da­le­kim i nie­zna­nym.

Woj­sko Pol­skie rze­czy­wi­ście wkro­czyło do Lu­blina, były to od­działy pod do­wódz­twem ge­ne­rała Ber­linga. Żoł­nie­rzy spo­ty­kano ser­decz­nie, wy­py­ty­wano czy jest ich dużo, skąd po­cho­dzą i cie­szono się wi­dząc nie tylko pie­chotę ale i inne ro­dzaje broni.

Mój sy­nek Krzysz­tof, który miał wtedy sześć lat i nie pa­mię­tał wi­doku żoł­nie­rza pol­skiego, a obec­nie jest po­rucz­ni­kiem WP, przy­biegł do mnie pod­nie­cony, wo­ła­jąc — chodź po­każę ci pol­skich Niem­ców. Tak to pod­czas oku­pa­cji pol­skie dziecko nie po­znało słowa żoł­nierz, a sły­szało wciąż Nie­miec.

Dnia 9 wrze­śnia 1944 roku uka­zał się De­kret P.K.W.N o prze­pro­wa­dze­niu re­formy rol­nej.

Dnia 7 paź­dzier­nika wy­dano De­kret o mo­bi­li­za­cji sił mier­ni­czych. Za­rzą­dzono rów­nież re­je­stra­cję ofi­ce­rów re­zerwy. Ja, jako po­rucz­nik re­zerwy, sta­wi­łem się do re­je­stra­cji w Po­wia­to­wej Ko­men­dzie Uzu­peł­nień w Lu­bli­nie, gdzie po prze­glą­dzie le­kar­skim zo­sta­łem uznany za zdol­nego do służby woj­sko­wej. Wkrótce po­tem otrzy­ma­łem imienną kartę mo­bi­li­za­cyjną, któ­rej treść przy­ta­czam:

Rzecz­po­spo­lita Pol­ska. Karta mo­bi­li­za­cyjna.
Na pod­sta­wie art.12 De­kretu PKWN z dnia 7 paź­dzier­nika 1944 roku o mo­bi­li­za­cji sił mier­ni­czych mo­bi­li­zuję z dniem dzi­siej­szym mier­ni­czego przy­się­głego Ob. Mie­czy­sława Jan­kie­wi­cza za­miesz­ka­łego w mie­ście Lu­bli­nie przy ul. Wy­szyń­skiego pod nr 10 na czas prze­pro­wa­dze­nia Re­formy Rol­nej, do dys­po­zy­cji Peł­no­moc­nika PKWN do Spraw Re­formy Rol­nej na po­wiat Lu­bel­ski. Zja­wić się na­tych­miast w lo­kalu Peł­no­moc­nika Po­wia­to­wego P.U.Z. w Lu­bli­nie. O wa­run­kach płacy za­opa­trze­nia w ar­ty­kuły żyw­no­ściowe i prze­my­słowe za­wia­domi Peł­no­moc­nik P.K.W.N. dla Spraw Re­formy Rol­nej na pow. Lu­bel­ski. Lu­blin, dn. 15 li­sto­pada 1944 roku, Peł­no­moc­nik P.K.W.N. dla Spraw Re­formy Rol­nej na wo­je­wódz­two lu­bel­skie
Fr. Król.

Po otrzy­ma­niu tej karty mo­bi­li­za­cyj­nej sta­wi­łem się u Peł­no­moc­nika na po­wiat lu­bel­ski, aby wy­ja­śnić sprawę tych dwóch po­wo­łań i zwró­cić mu kartę mo­bi­li­za­cyjną jako póź­niej otrzy­maną. Oświad­czał mi on, że nie po to P.K.W.N. wy­dał de­kret o mo­bi­li­za­cji sił mier­ni­czych abym jako mier­ni­czy miał być po­wo­łany do woj­ska. Za­raz też za­te­le­fo­no­wał do Po­wia­to­wej Ko­mendy Uzu­peł­nień w spra­wie mo­jego wy­re­kla­mo­wa­nia. Po­wie­dziano mu, że po­nie­waż tu cho­dzi o zwol­nie­nie od służby woj­sko­wej ofi­cera to kom­pe­tentne jest Mi­ni­ster­stwo Obrony Na­ro­do­wej. W związku z tym po­le­cono mi udać się do gma­chu P.K.W.N. na ulicy Spo­koj­nej, gdzie urzę­do­wał Peł­no­moc­nik do spraw Re­formy Rol­nej na wo­je­wódz­two lu­bel­skie. Ob. Fran­ci­szek Król, abym mu przed­sta­wił swoją sprawę.
Mia­łem więc oka­zję być w gma­chu, z któ­rego wy­cho­dziły de­krety zmie­nia­jące przed­wo­jenny ustrój kraju. Po wy­le­gi­ty­mo­wa­niu mnie przez war­tow­nika zo­sta­łem wpusz­czony do gma­chu, tam otrzy­ma­łem prze­pustkę i na I pię­trze skie­ro­wano mnie do po­koju, w któ­rym urzę­do­wał Ob. Król.

Sie­dział on za biur­kiem, a za nim oparty o ścianę stał au­to­mat. Uznał on, że pod­le­gam mo­bi­li­za­cji sił mier­ni­czych, a sprawę zwol­nie­nia od służby woj­sko­wej on za­ła­twi. Po­ro­bił so­bie no­tatki i w parę dni sprawa zo­stała za­ła­twiona. 

Zgło­si­łem się więc po­wtór­nie do Po­wia­to­wego Urzędu Ziem­skiego i tam zo­sta­łem włą­czony do bry­gady par­ce­la­cyj­nej na gminę Brze­ziny pow. lu­bel­skiego. Bry­gada skła­dała się z ro­bot­ni­ków fa­bryk lu­bel­skich, był w niej rów­nież urzęd­nik z wy­działu dro­go­wego ma­gi­stratu Ob. Cie­le­pała oraz jako drugi mier­ni­czy Ob. Ko­cuk, który pra­co­wał do tego czasu w moim biu­rze. Za­opa­trzono nas w za­świad­cze­nia wy­sta­wione w ję­zy­kach pol­skim i ro­syj­skim, w któ­rych pro­szono wszel­kie wła­dze woj­skowe i cy­wilne o oka­za­nie
nie­zbęd­nej ochrony i po­mocy przy wy­ko­ny­wa­niu czyn­no­ści służ­bo­wych i przy prze­jaz­dach.

Jako pierw­szy roz­par­ce­lo­wa­li­śmy ma­ją­tek Mi­le­jów na­le­żący do hra­biego Roz­two­row­skiego. Z Lu­blina wy­je­cha­li­śmy w go­dzi­nach ran­nych sa­mo­cho­dem cię­ża­ro­wym. Sie­dzia­łem w tyle sa­mo­chodu i przed mia­stecz­kiem pia­ski Lu­ter­skie za­uwa­ży­łem, że za nami jadą od­kry­tym sa­mo­cho­dem zdo­bycz­nym, nie­miec­kim typu am­fi­bia, Ra­dzieccy ofi­ce­ro­wie i nie wy­mi­jają nas cho­ciaż im ku­rzymy. W Pia­skach
Lu­ter­skich wje­cha­li­śmy na szosę do Chełmna. Oka­zało się, że am­fi­bia je­dzie da­lej za nami i znów nie mija, skrę­camy na szosę do Mi­le­jowa, am­fi­bia je­dzie za nami. Mi­nę­li­śmy ma­ją­tek Ły­so­łaje, gdzie od szosy do ma­jatku pro­wa­dzi krótka za­drze­wiona aleja, za­uwa­ży­łem, że kwa­te­ruje tam ja­kiś sztab, bo było dużo woj­sko­wych sa­mo­cho­dów i zbie­gały się li­nie te­le­fo­nów po­lo­wych. Po mi­nię­ciu Ły­so­łaj to­wa­rzy­sząca nam am­fi­bia mija nas, za­jeż­dża drogę i staje. Z sa­mo­chodu wy­sko­czyło czte­rech ofi­ce­rów, lot­ni­ków
ra­dziec­kich. Mu­sie­li­śmy i my sta­nąć. Pod­cho­dzą do nas ci ofi­ce­ro­wie i każą wszyst­kim wy­sia­dać, żą­dają oka­za­nia do­ku­men­tów. Po­ka­za­li­śmy swoje za­świad­cze­nia pi­sane po pol­sku i ro­syj­sku, w któ­rych było po­wie­dziane, że je­ste­śmy za­trud­nieni w prze­pro­wa­dze­niu re­formy rol­nej. Prze­czy­tali, po­wie­dzieli że do Mi­le­jowa już nie­da­leko, mamy iść da­lej pie­chotą, a oni sa­mo­chód nasz oraz kie­rowcę za­bie­rają. Je­den z lot­ni­ków za­jął miej­sce w szo­ferce obok na­szego kie­rowcy, reszta wsia­dła do swego sa­mo­chodu., za­wró­cili i od­je­chali. Było to na­sze pierw­sze ze­tknię­cie się z re­formą rolną i ocze­ki­wa­li­śmy róż­nych nie­spo­dzia­nek ze strony jej prze­ciw­ni­ków, ale to co nas spo­tkało było nie­prze­wi­dzianą nie­spo­dzianką.

Ma­sze­ru­jemy więc do Mi­le­jowa z za­mia­rem te­le­fo­no­wa­nia do Lu­blina, aby spo­wo­do­wać szu­ka­nie szo­fera i sa­mo­chodu. Po dro­dze przy­cho­dziły nam różne do­my­sły, że mo­gli to być prze­brani prze­ciw­nicy re­formy rol­nej, któ­rzy to­wa­rzy­szyli nam od Lu­blina, ale w ta­kim ra­zie nie ogra­ni­czy­liby się do za­bra­nia sa­mo­chodu i mier­ni­czych nie zo­sta­wi­liby w spo­koju. Snu­jąc różne do­my­sły do­szli­śmy wresz­cie do Mi­le­jowa, opo­wia­damy, co nas spo­tkało, pró­bu­jemy otrzy­mać po­łą­cze­nie z Lu­bli­nem, a tu po ja­kiejś go­dzi­nie nad­jeż­dża nasz sa­mo­chód. Szo­fer opo­wiada, że ja­dąc za am­fi­bią, w mo­men­cie gdy do­jeż­dżał do alei pro­wa­dzą­cej do ma­jątku Ły­so­łaje na­gle skrę­cił w tę aleję, mi­nął za­trzy­mu­ją­cego war­tow­nika i wje­chał na po­dwó­rze. To­wa­rzy­szący mu lot­nik był za­sko­czony, a sa­mo­chód nasz oto­czyli żoł­nie­rze i ofi­ce­ro­wie ra­dzieccy, szybko do­wie­dzieli się co za­szło, kilku wsia­dło na mo­to­cy­kle i po­pę­dzili za am­fi­bią. Po pew­nym cza­sie spro­wa­dzili ją na po­dwó­rze. Rze­czy­wi­ście kwa­te­ro­wał tam ja­kiś sztab. Całą czwórkę ofi­ce­rów za­trzy­mano, a na­szemu sze­fowi ka­zano je­chać do Mi­le­jowa. Co ta przy­goda miała zna­czyć nie do­wie­dzie­li­śmy się ni­gdy, nie było czasu tym się in­te­re­so­wać, z miej­sca po­chło­nięci zo­sta­li­śmy par­ce­la­cją ma­jątku. 

W ma­jąt­kach były zor­ga­ni­zo­wane ko­mi­tety fol­warczne. W Mi­le­jo­wie cze­kano już na nasz przy­jazd. Ko­mi­tet po­sia­dał plan grun­tów ma­jątku i re­jestr po­mia­rowy. Za­da­niem mier­ni­czych było do­ko­nać pro­jektu po­działu grun­tów na pla­nie i wznieść ten pro­jekt na grunt. Wy­tyczne do opra­co­wa­nia pro­jektu mier­ni­czy do­sta­wał od bry­gady par­ce­la­cyj­nej, która wspól­nie z ko­mi­te­tem fol­warcz­nym usta­lałą ile gruntu wy­dzieli pod ośro­dek ma­jątku, ile gruntu prze­zna­czyć na upeł­no­rol­nie­nie ma­ło­rol­nych go­spo­darstw w są­sied­nich wsiach i usta­liła li­stę tych, któ­rym zie­mię nada­wano, wresz­cie usta­lała wiel­kość go­spo­darstw dla do­tych­cza­so­wych pra­cow­ni­ków par­ce­lo­wa­nego ma­jątku.
Tu­taj spo­tka­łem się z trud­nymi pro­ble­mami ów­cze­snej wsi, wy­stą­piły sprzeczne in­te­resy. Dla do­bra go­spo­darki na­ro­do­wej na­le­żało za­cho­wać od­po­wiedni areał grun­tów dla po­zo­sta­wio­nego ośrodka, czego nie do­ce­niali chłopi, któ­rzy mieli być upeł­no­rol­nieni.

W ma­jątku był chmiel­nik, który na­le­żało utrzy­mać i wy­dzie­lić rów­nież grunt na pło­do­zmian dla dal­szego pro­wa­dze­nia uprawy chmielu, o ten pro­blem to­czyła się dłuż­sza walka. Służ­bie fol­warcz­nej za­le­żało na tym, aby jak naj­mniej ziemi wy­dzie­lić ma­ło­rol­nym chło­pom, żeby jak naj­wię­cej zo­stało do po­działu dla nich. Uzgad­nia­nie tych sprzecz­nych in­te­re­sów za­jęło nam sporo czasu i w Mi­le­jo­wie pra­co­wa­li­śmy chyba z dzie­się­ciu dni. Nie wszy­scy byli za­do­wo­leni z po­działu. 

For­nale otrzy­mali go­spo­dar­stwa około 5 hek­ta­rowe i uwa­żali, że to za mało, nie­któ­rzy mó­wili na­wet, że le­piej im było na służ­bie we dwo­rze niż bę­dzie na tak ma­łym go­spo­dar­stwie.

Wła­ści­ciel Mi­le­jowa, hra­bia Roz­two­row­ski, roz­par­ce­lo­wał przed wojną fol­warki Na­ta­lin i Sta­ro­ścice, a służbę z tych fol­war­ków prze­niósł na fol­wark Kla­rów, aby go roz­par­ce­lo­wać wy­łącz­nie dla for­nali z tych trzech fol­war­ków. Ja ro­bi­łem po­dział Kla­rowa, miesz­ka­łem wtedy w Mi­la­jo­wie. Na Kla­ro­wie utwo­rzono go­spo­dar­stwa 12 hek­ta­rowe, stąd nie­za­do­wo­le­nie z wiel­ko­ści go­spo­darstw w Mi­le­jo­wie.

Miesz­ka­nie i wy­ży­wie­nie mie­li­śmy do­bre, a po­nie­waż w ma­jątku była go­rzel­nia, nie bra­kło rów­nież wódki na na­szym stole. W Mi­le­jo­wie jest fa­bryka prze­two­rów owo­cowo-wa­rzyw­nych z wła­sną bocz­nicą ko­le­jową. Na tej bocz­nicy stał po­ciąg, w któ­rym mie­ściły się warsz­taty na­prawy ar­mat, a w parku, pod drze­wami, zgro­ma­dzono działa prze­zna­czone do na­prawy. Był to cały las luf pod­nie­sio­nych do góry. Po­my­śla­łem so­bie, że ta­kie bli­skie są­siedz­two może nam ścią­gnąć na­lot nie­miec­kich sa­mo­lo­tów. Kie­dyś w nocy, sły­sza­łem prze­la­tu­jący sa­mo­lot. Krą­żył on nad ma­jąt­kiem, obrona prze­ciw­lot­ni­cza nie strze­lała. Na drugi dzień po wyj­ściu na po­miary, ro­bot­nicy moi za­uwa­żyli na polu ja­kieś kartki, przy­nie­śli mi kilka. Były to ulotki dru­ko­wane po ro­syj­sku. Jedna na­ma­wiała żoł­nie­rzy aby się pod­da­wali, że w nie­woli będą mo­gli pra­co­wać, a na­wet na­uczyć się róż­nych za­wo­dów — ulotka ta sta­nowi prze­pustkę. Druga ulotka, była utrzy­mana w for­mie ka­ry­ka­tury. Przed­sta­wiała ona bro­da­tego chłopa ro­syj­skiego obu­tego w ple­cione z łyka łap­cie, który le­żał mię­dzy dwoma pły­tami prasy, a śrubę ści­ska­jącą prasę do­kręca Żyd — ko­mi­sarz a czer­woną gwiazdą, z chłopa zaś wy­cieka czer­wona krew. Pod ry­sun­kiem wy­dru­ko­wany był wiersz mó­wiący o tym, jak pod rzą­dami ko­mu­ni­stów ży­dow­skich cierpi biedny lud ro­syj­ski.

Do Mi­le­jowa przy­byli przed­sta­wi­ciele ko­mi­tetu fol­warcz­nego z Łań­cu­chowa mó­wiąc, że cze­kają tam na nas. Wkrótce też prze­nie­śli­śmy się do Łań­cu­chowa. Był to ma­ją­tek na­le­żący do se­na­tora Stec­kiego, a wła­ści­wie do jego żony, po­sia­dał jesz­cze fol­warki Ka­je­ta­nówka i Górki.
Przed wojną za­częto par­ce­lo­wać Ka­je­ta­nówkę, ja ro­bi­łem po­miary i miesz­ka­łem wtedy w Łań­cu­cho­wie. Jest tam piękny pa­łac po­ło­żony w parku nad rzeką Wieprz, wy­bu­do­wany w stylu za­ko­piań­skim. Me­ble w po­koju ja­dal­nym i bi­blio­tece były też w stylu za­ko­piań­skim.

Jak przy­je­cha­li­śmy do Łań­cu­chowa nie było tam już tych me­bli, zo­stały wy­wie­zione przez ja­kąś jed­nostkę woj­skową. Tu­taj po­dział grun­tów był ła­twiej­szy, gdyż ziemi było dużo, nie było ta­kich sprzecz­nych in­te­re­sów.

Służba fol­warczna, po­nie­waż znała mnie sprzed wojny, w za­ufa­niu py­tała, czy to aby pewne, że nic się nie zmieni, że nie trzeba bę­dzie od­da­wać ziemi dzie­dzi­cowi. Mó­wi­łem im, żeby śmiało za­częli go­spo­da­ro­wać na swoim, że jak ma­ją­tek bę­dzie po­dzie­lony i za­bu­do­wany, żadna siła nie zmusi chłopa do zej­ścia z ziemi.

W Łań­cu­cho­wie przed na­szym przy­jaz­dem ko­mi­tet fol­warczny za­bił świ­nię, na­ro­bili wę­dlin i kar­mili nas do­brze. Po­nie­waż nie było tu go­rzelni więc cze­kał na nas bim­ber wy­pę­dzony z bu­ra­ków cu­kro­wych. Po­da­wano go do każ­dego po­siłku, był on za­bar­wiony kar­me­lem. W na­szej bry­ga­dzie par­ce­la­cyj­nej naj­więk­szym zwo­len­ni­kiem al­ko­holu był Ob. Cie­le­pała. Kiedy wszy­scy po­sta­no­wili ska­so­wać pi­cie wódki przy każ­dym obie­dzie on był prze­ciwny temu i do­wo­dził, że na­wet po­ży­tecz­nie jest dla zdro­wia, a już na pewno nic nie szko­dzi pi­cie al­ko­holu. Na­mó­wi­li­śmy po­ko­jówkę, która przed wojną w tym dwo­rze pra­co­wała, a te­raz z po­le­ce­nia ko­mi­tetu fol­warcz­nego usłu­gi­wała przy stole, aby za­miast bim­bru po­sta­wiła bu­telki z kawą. Przy obie­dzie pan Cie­le­pała na­peł­nił wszyst­kim kie­liszki i kiedy wy­pił swój wpadł we wście­kłość i za­czął dziew­czy­nie wy­my­ślać za ten ka­wał. Chcie­li­śmy ją wziąć w obronę, ale ona sama się obro­niła mó­wiąc naj­spo­koj­niej: pa­nie Cie­le­pała, co pan chce ode mnie, czy pan Ciele czy pan Pała.

Uspo­koił się prędko i z pi­ciem al­ko­holu do­sto­so­wał się do więk­szo­ści. Za­częły się mrozy, nad­cho­dziły święta Bo­żego Na­ro­dze­nia i wy­je­cha­li­śmy do Lu­blina. Przy­jeż­dżam do domu i za­staję je­den po­kój za­jęty przez ra­dziec­kiego pod­puł­kow­nika, a w po­koju tym mia­łem swoją pra­cow­nię.
Żona opo­wiada mi jak to się stało. Nad na­szym miesz­ka­niem za­jął kwa­terę ja­kiś ma­jor. Do­wie­dział się, że w mo­jej pra­cowni nikt nie sy­pia, do­niósł a tym swemu puł­kow­ni­kowi, a ten przez kwa­te­ru­nek woj­skowy za­jął mi po­kój. Lu­blin był wtedy prze­lud­niony.
Urzęd­nicy mi­ni­ste­rialni, wy­so­kiej rangi z tru­dem znaj­do­wali noc­leg dla sie­bie, a lu­dzi wciąż przy­by­wało.

Trzeba było po­go­dzić się z utratą tego po­koju, mu­sie­li­śmy z żoną i czwor­giem dzieci mie­ścić się w dwóch po­ko­jach. Za­po­zna­łem się ze swoim lo­ka­to­rem. Na­zy­wał się Kra­snow i był przy­dzie­lony do do­wódz­twa Wojsk Pol­skich. Był to to­wa­rzy­ski czło­wiek w wieku około czter­dzie­stu lat. Wie­czo­rami za­pra­szał mnie do swego po­koju na po­ga­wędkę. Po­ka­za­łem mu ulotki nie­miec­kie przy­wie­zione z Mi­le­jowa, po prze­czy­ta­niu któ­rych po­wiada: „wot swo­łocz uże po­dy­cha­jet a jesz­czo ku­sa­jet”. Pro­sił aby mu dać te ulotki, bo chce po­ka­zać w szta­bie.

Otwo­rzono w Lu­bli­nie wielki sklep ga­stro­no­miczny, w któ­rym można było ku­pić ta­kie pro­dukty, któ­rych nie wi­dzie­li­śmy przez całą wojnę. Były pod nim wiel­kie ko­lejki, ale ofi­ce­ro­wie szta­bowi mo­gli ku­po­wać bez ko­lejki. Puł­kow­nik po­wie­dział mi o tym i za­ofia­ro­wał się z ku­po­wa­niem dla ca­łej mo­jej ro­dziny. Dzięki niemu na Wi­gi­lię mie­li­śmy śle­dzie. Puł­kow­nik lu­bił moje dzieci, miał za­wsze dla nich cu­kierki.

Kie­dyś mój trzy­letni syn To­masz, za­cho­ro­wał na żo­łą­dek i matka za­po­wie­działa mu — jakby ci puł­kow­nik da­wał cu­kierki, to nie bierz broń Boże. Wie­czo­rem sły­szę dzwo­nek w przed­po­koju, otwie­ram drzwi trzy­ma­jąc Tomka na ręku. Puł­kow­nik wita się z nami i mówi „To­mik chodż ko mnie, dam tie­bie kon­fietku”, a To­mek na to „broń Boże”, puł­kow­nik się pyta „czto on ska­zał” ja tłu­ma­czę – so­chrani Bog – i wy­ja­śniam, że matka mu za­bro­niła, bo jest chory na żo­łą­dek, wo­bec tego puł­kow­nik daje mu su­cha­rek, a To­mek rączką pod­bija mu me­dale na pier­siach mó­wiąc „o ja­kie pie­niążki”, puł­kow­nik znów pyta co on po­wie­dział, tłu­ma­czę „ka­kije u was die­niożki”. Puł­kow­nik śmieje się i mówi „wot żu­lik czto on pri­du­mał”, To­mek mówi „ja nie żółw”, tłu­ma­czę „on ska­zał, czto on nie cze­rie­pu­cha”. Puł­kow­nik nie może zro­zu­mieć. Wy­ja­śniam mu, że To­mek za­miast „żu­lik” usły­szał żółw i dla­tego za­prze­czył. Uśmia­li­śmy się z tej roz­mowy.
Nad­szedł dzień No­wego, 1945 Roku. Po­pro­si­łem puł­kow­nika na ko­la­cję z ra­cji mo­ich imie­nin. Po kilku to­a­stach mówi on, że w tym mie­siącu będą wiel­kie wy­da­rze­nia, on bę­dzie mu­siał wy­je­chać, ale kwa­terę za­trzy­muje i gdyby ktoś chciał się wpro­wa­dzić, to nie wpusz­czać.

Po No­wym Roku znów po­je­cha­łem na wy­ko­ny­wa­nie re­formy rol­nej. 12 stycz­nia by­łem w polu na po­mia­rach fol­warku Górny i na­gle usły­sze­li­śmy od za­chodu ar­maty. Ta­kiej ka­no­nady ni­gdy przed­tem nie sły­sza­łem, ro­biło te wra­że­nie prze­la­tu­ją­cej nad gło­wami eska­dry, a by­li­śmy od frontu na Wi­śle od­da­leni o ja­kieś 60 ki­lo­me­trów. Spraw­dziła się za­po­wiedź puł­kow­nika Kra­snowa, na­stą­piło wiel­kie wy­da­rze­nie, ru­szyła ofen­sywa zi­mowa. Ocze­ki­wana ona była przez cały na­ród. Od sierp­nia 1944 roku do­cho­dziły nas wie­ści o wal­czą­cej War­sza­wie, o tra­ge­dii jej miesz­kań­ców po upadku po­wsta­nia i nie można było zro­zu­mieć, czemu nie wy­zwo­lono jej jed­no­cze­śnie z Lu­bli­nem, a front za­trzy­mał się na Pra­dze.

Da­lej pra­co­wa­łem przy re­for­mie rol­nej, po­dzie­li­łem fol­wark Ka­je­ta­nówka i jesz­cze dwa inne fol­warki, któ­rych na­zwy nie pa­mię­tam. W jed­nym z nich, za­sta­li­śmy jesz­cze wła­ści­ciela. Ko­mi­tetu fol­warcz­nego nie było. Pa­mię­tam jak sie­dzie­li­śmy przy du­żym stole w po­koju sto­ło­wym nad pla­nem ma­jątku, a na dru­gim końcu stołu wła­ści­ciel, stary czło­wiek, kładł so­bie pa­sjansa. Część bry­gady ro­biła spis in­wen­ta­rza ma­jątku, li­czyła by­dło, ko­nie, ma­szyny. Zwra­cało uwagę, że sta­ru­szek wcale się nie przej­muje na­szym przy­jaz­dem i czyn­no­ściami. W pew­nym mo­men­cie wła­ści­ciel spoj­rzał na ze­ga­rek, zgar­nął karty i mówi: może pa­no­wie prze­rwą swoją pracę, bo za­raz po­da­dzą obiad. W roz­mo­wie, która się wy­wią­zała przy obie­dzie po­wie­dział nam, że ma­ją­tek ten ku­pił za pie­nią­dze wy­grane na lo­te­rii, jesz­cze za car­skich cza­sów. Czter­dzie­ści lat go­spo­da­ro­wał, a te­raz pój­dzie do mia­sta i wy­star­czy mu pen­sja, jaką byli wła­ści­ciele ma­jąt­ków mieli otrzy­mać. Na tym skoń­czyła się moja praca. Re­forma rolna na lu­belsz­czyź­nie zo­stała wy­ko­nana. Naj­wcze­śniej zo­stały po­dzie­lone ma­jątki w po­wie­cie lu­bel­skim, naj­póź­niej w po­wie­cie wło­daw­skim. Nikt z na­szej bry­gady par­ce­la­cyj­nej nie ze­tknął się z ja­kąś dy­wer­sją przy wy­ko­ny­wa­niu na­szych czyn­no­ści, z czym li­czy­li­śmy się po­waż­nie, gdyż z in­nych po­wia­tów przy­cho­dziły wie­ści o na­pa­dach na ko­mi­tety fol­warczne i na mier­ni­czych w cza­sie po­mia­rów.

W mię­dzy­cza­sie wojna to­czyła się da­lej. 17 stycz­nia zo­stała wy­zwo­lona War­szawa. W lu­tym za­pa­dła de­cy­zja, że rząd prze­nie­sie się do War­szawy. Lu­blin prze­stał być sto­licą. W lu­tym wy­je­chał też mój puł­kow­nik do Włoch pod War­szawą. Na od­jezd­nym po­da­ro­wa­łem mu swoje ostrogi, bo był on ka­wa­le­rzy­stą, a nie miał ostróg. Bar­dzo się ucie­szył bo w cza­sie wojny nie mógł ich do­stać na­wet w Mo­skwie.

Z Lu­blina były wy­sy­łane przez rząd, grupy ope­ra­cyjne, do wy­zwa­la­nych miej­sco­wo­ści. Nasz peł­no­moc­nik Ob. Fran­ci­szek Król zo­stał peł­no­moc­ni­kiem do spraw re­formy rol­nej na wo­je­wódz­two byd­go­skie.

Dnia 15 marca 1945 roku otrzy­ma­łem iden­tyczną imienną kartę mo­bi­li­za­cyjną do re­formy rol­nej, ale tym ra­zem z po­le­ce­niem sta­wie­nia się w Byd­gosz­czy u Ob. Króla przy ulicy Gór­no­ślą­skiej Nr 10. Nie mo­głem jed­nak tam po­je­chać, gdyż przy roz­ła­do­wy­wa­niu za­sob­nika z kry­sta­liczną sodą kau­styczną, pra­cu­jąc przez nie­uwagę w pęk­nię­tej gu­mo­wej rę­ka­wiczce, od­nio­słem po­ważne uszko­dze­nie wiel­kiego palca u pra­wej ręki, ciało było spa­lone aż do ko­ści. Na pod­sta­wie orze­cze­nia le­kar­skiego zwol­niono mnie z tego wy­jazdu. Za­czą­łem wy­ko­ny­wać za­wód mier­ni­czego przy­się­głego, przyj­mu­jąc zle­ce­nia na drobne ro­boty mier­ni­cze.

Z Lu­blina, wraz z wy­jeż­dża­ją­cym rzą­dem, wy­je­chało wielu daw­nych jego miesz­kań­ców i roz­je­chało się po ca­łej Pol­sce, zaj­mu­jąc w róż­nych mia­stach kie­row­ni­cze sta­no­wi­ska w ad­mi­ni­stra­cji. Mię­dzy in­nymi Wi­ce­pre­ze­sem Wo­je­wódz­kiego Urzędu Ziem­skiego w Gdań­sku zo­stał inż. geo­deta Sta­ni­sław Gin­towt-Dzie­wał­tow­ski, który za­ape­lo­wał do Od­działu Lu­bel­skiego Związku Mier­ni­czych, aby ko­le­dzy z Lu­blina przy­jeż­dżali do Gdań­ska ce­lem przy­ję­cia zle­ceń na wy­ko­na­nie prac po­mia­ro­wych, zwią­za­nych z osad­nic­twem na wsi gdań­skiej. Zde­cy­do­wa­łem się na wzię­cie udziału w tych pra­cach i po­je­cha­łem przez War­szawę do Gdań­ska. Wi­dzia­łem wtedy War­szawę pierw­szy raz po woj­nie, prze­sze­dłem pie­szo z dworca wschod­niego przez pro­wi­zo­ryczny most u wy­lotu ulicy Ka­ro­wej. Ma­jąc w pa­mięci przed­wo­jenną War­szawę, już mało znisz­czona Praga, przed­sta­wiała się ża­ło­śnie, a kiedy prze­sze­dłem przez most, zo­ba­czy­łem umarłe mia­sto. Do­brze zna­nych miejsc nie można było po­znać, serce się ści­skało, gdy za­miast hi­sto­rycz­nych bu­dyn­ków mi­jało się wy­pa­lone ru­iny. Tam, gdzie kie­dyś była ulica Świę­to­jań­ska prze­cho­dzi­łem po wy­so­kim zwale gruzu. Spo­ty­ka­łem całe dziel­nice, gdzie nie było na­wet wy­pa­lo­nych do­mów tylko wiel­kie prze­strze­nie gru­zów, po­ro­śnię­tych buj­nie chwa­stem. Tam, gdzie ty­siące lu­dzi miało swoje gniazda ro­dzinne, za­miesz­ki­wało te­raz ptac­two. Ich szcze­biot, zwy­kle miły dla ucha, te­raz ra­ził uszy i wprost wy­da­wał się nie­przy­zwo­itym, jak we­soły śmiech na cmen­ta­rzu. Wra­ca­łem na Pragę wstrzą­śnięty tym, co zo­ba­czy­łem. To nie była War­szawa, tylko miej­sce po War­sza­wie.

Gra­nicę daw­nych Prus Wschod­nich prze­je­cha­łem w nocy i obu­dzi­łem się, gdy po­ciąg za­trzy­mał się na ja­sno oświe­tlo­nej sta­cji Pra­buty. Da­lej już nie spa­łem. Po krót­kiej jeź­dzie, sta­cja Kwi­dzyn. Bu­dy­nek dworca oka­zały, ja­sno oświe­tlone pe­rony, przej­ścia pod­ziemne, ze­gary na pe­ro­nach, czy­stość i ład zro­biły na mnie miłe wra­że­nie. Wi­słę prze­je­cha­li­śmy po drew­nia­nym mo­ście, ja­dąc na Opa­le­nie i Smę­towo. Most w Tcze­wie nie był od­bu­do­wany. Wo­je­wódzki Urząd Ziem­ski mie­ścił się wtedy w So­po­cie. Gdańsk mi­ną­łem bez wy­sia­da­nia, po­ciąg mój szedł do Gdyni.

Do wo­je­wódz­twa gdań­skiego we­szły oprócz po­wia­tów sta­no­wią­cych przed­wo­jenne te­reny Pol­ski, te­reny daw­nych Prus Wschod­nich, z któ­rych utwo­rzono po­wiaty: mal­bor­ski, el­blą­ski, sztum­ski, no­wo­dwor­ski i kwi­dzyń­ski. Z te­re­nów tych wy­je­chała lud­ność nie­miecka, za­częło się pol­skie osad­nic­two, trzeba było dla tych osad­ni­ków utwo­rzyć go­spo­dar­stwa rolne, stąd wiel­kie za­po­trze­bo­wa­nie na wy­ko­naw­ców prac mier­ni­czych. Przy­jęto mnie jako bar­dzo po­żą­daną osobę. Na py­ta­nie, w któ­rym po­wie­cie chciał­bym pod­jąć pracę, ma­jąc w pa­mięci ładny dwo­rzec kwi­dzyń­ski, po­wie­dzia­łam, że w kwi­dzyń­skim.

Dnia 15 paź­dzier­nika 1946 roku za­war­łem umowy na prze­pro­wa­dza­nie re­gu­la­cji grun­tów go­spo­darstw wiej­skich we wsiach Wan­dowo, Oto­czyn, Mary, Krzy­kosy i Gilwa na ogól­nej po­wierzchni około 2 000 ha.
Dzień ten sta­nowi punkt zwrotny w ży­ciu moim i mo­jej ro­dziny, gdyż w dniu tym pod­pi­su­jąc umowy na wy­ko­na­nie tych kilku prac, nie wie­dząc o tym, zwią­za­łem się na stałe z Zie­miami Od­zy­ska­nymi. Przy­je­cha­łem, aby wziąć udział w za­sie­dla­niu tych ziem, a po roku sam sta­łem się osie­dleń­cem, spro­wa­dza­jąc tu swoją ro­dzinę skła­da­jącą się z żony, czte­rech sy­nów i jed­nej córki. Pi­sząc te­raz o tym, przy­po­mnia­łem so­bie li­piec 1944 roku, kiedy czy­ta­łem w Lu­bli­nie Ma­ni­fest PKWN za­po­wia­da­jący wy­zwo­le­nie ziem za­chod­nich, które już w 1946 roku na­zy­wały się Zie­miami Od­zy­ska­nymi.

Po za­war­ciu umów, wró­ci­łem do Lu­blina po na­rzę­dzia mier­ni­cze i zwer­bo­wa­nie ja­kie­goś po­moc­nika. Zgo­dził się po­je­chać ze mną, pra­cu­jący u mnie przed wojną, ob. Piotr Na­wrot.

W Kwi­dzy­nie zgło­si­łem się w Po­wia­to­wym Urzę­dzie Ziem­skim, tam uzy­ska­łam in­for­ma­cję, że wszyst­kie te wsie po­ło­żone są w gmi­nie Wan­dowo. Wój­tem tej gminy był wów­czas ob. Waj­ler, który po­ra­dził mi, abym so­bie ob­rał kwa­terę we wsi Oto­czyn, gdyż są tam już osad­nicy.

Po­je­chał tam ra­zem ze mną i ulo­ko­wał mnie u ob. Jó­zefa Si­kory. W myśl za­war­tych umów, prace mia­łem roz­po­cząć do 1 li­sto­pada. Oprócz wy­na­gro­dze­nia mia­łem otrzy­mać w na­tu­rze, na czas trwa­nia ro­bót na grun­cie, od­po­wiedni lo­kal na miesz­ka­nie z opa­łem i świa­tłem, a na kan­ce­la­rię z opa­łem, świa­tłem i usługą, nie­zbędną ilość ro­bot­ni­ków i pod­wód, ma­te­riały na znaki po­mia­rowe. Był już ko­niec paź­dzier­nika, kiedy przy­stą­pi­łem do prac po­mia­ro­wych.

Za­żą­da­łem, aby wieś do­star­czała co­dzien­nie 5 ro­bot­ni­ków. Po­wie­dziano mi, że to nie­moż­liwe, bo po­zo­sta­łyby nie wy­ko­pane kar­to­fle. Do­sta­wa­łem 2 lub 3 chło­pa­ków do ro­boty. O żad­nych pod­wo­dach nie było mowy, we wsi mało kto miał ko­nie, wielu cze­kało na przy­dział za­gra­nicz­nych koni z UNRR. Przy­cho­dziły ich trans­porty do Gdań­ska i po pew­nym cza­sie można było wi­dzieć w po­wie­cie kwi­dzyń­skim, dużo śred­niej wiel­ko­ści bu­łan­ków, były to ko­nie nor­we­skie. Do Kwi­dzyna, w spra­wach urzę­do­wych, nie­jed­no­krot­nie wę­dro­wa­łem pie­chotą. Na szo­sie spo­ty­ka­łem nie­wielu lu­dzi. Tra­fiały się jesz­cze nie­za­miesz­kałe za­bu­do­wa­nia, na któ­rych ktoś wy­wie­sił biało-czer­wona cho­rą­giewkę i przy­bił kartkę z na­pi­sem „to go­spo­dar­stwo za­jął ob. X — nie sza­bro­wać”. Po gę­sto za­lud­nio­nej wsi lu­bel­skiej, ude­rzały w oczy pustka i duże ob­szary nie ob­ro­bio­nej ziemi, na któ­rej wy­ro­sły bujne osty. Naj­go­rzej przed­sta­wiała się wieś Bątki, przez którą mu­sia­łem prze­cho­dzić, za­częli do niej do­piero na­pły­wać re­pa­trianci z gro­dzieńsz­czy­zny i dużo jesz­cze ziemi le­żało odło­giem.

Osad­nicy w Oto­czy­nie skar­żyli się na plagę my­szy, które znisz­czyły im za­siewy i zbiory zbóż. Plaga ta nie usta­wała. Sam wi­dzia­łem, jak przy je­sien­nej orce w 1946 roku, w wy­ora­nej bruź­dzie było bar­dzo dużo prze­kro­jo­nych my­szy, a mnó­stwo ży­wych ucie­kało. Sie­jąc na je­sieni 1946 roku mó­wiono — sie­jemy tro­chę dla sie­bie reszta dla my­szy. Klę­ska ta wy­stą­piła nie tylko w po­wie­cie kwi­dzyń­skim, ale i na wielu ob­sza­rach Ziem Od­zy­ska­nych. Kto tego nie wi­dział nie może so­bie wy­obra­zić ja­kie mogą być na­stęp­stwa dzia­łań wo­jen­nych. We wsiach, które do­sta­łem do ro­boty, spo­tka­łem się z lud­no­ścią przy­byłą z róż­nych stron kraju. Na przy­kład w Oto­czy­nie:
Her­ma­no­wi­cze z wi­leńsz­czy­zny, mój go­spo­darz Si­kora z Po­mo­rza, Szy­mura z kra­kow­skiego, a w roku 1947 do­szli jesz­cze osad­nicy z wo­je­wódz­twa rze­szow­skiego z tak zwa­nej „ak­cji W”. W Gil­wie było dużo osie­dleń­ców z po­wiatu lip­now­skiego. W Krzy­ko­sach pra­wie wy­łącz­nie gar­wo­li­niacy. Przy pierw­szych spo­tka­niach roz­mowę zwy­kle się za­czy­nało od py­ta­nia, skąd kto przy­je­chał.

Ele­ment osad­ni­czy był róż­no­raki, byli wśród nich ma­ło­rolni chłopi, w Krzy­ko­sach na­to­miast dawna służba fol­warczna, spo­ty­kało się rów­nież ta­kich, któ­rzy do­piero tu­taj za­bie­rali się do rol­nic­twa. Wy­stą­piły ró­nież wiel­kie róż­nice po­ziomu kul­tu­ral­nego, róż­nice w spo­so­bach go­spo­da­ro­wa­nia. Dla tak róż­no­rod­nego ele­mentu two­rzono go­spo­dar­stwa o po­wierzchni od 8 do 15 ha, a go­spo­dar­stwa ho­dow­lane na­wet do 20 ha.

Za­jęty pracą Kwi­dzy­nie po­zna­wa­niem tu­tej­szych za­gad­nień ani się spo­strze­głem jak spadł śnieg Kwi­dzy­nie zbli­żyły się święta Bo­żego Na­ro­dze­nia.

Na zimę mia­łem za­pla­no­wany wy­jazd do Lu­blina i opra­co­wy­wa­nie tam pro­jek­tów re­gu­la­cji, a po­nie­waż w Kwi­dzy­nie osie­dlił się mier­ni­czy przy­się­gły Jó­zef Lis wraz z żoną — miesz­kali oni przy ul. Zduń­skiej – chcia­łem u nich zo­sta­wić na zimę in­stru­menty mier­ni­cze. Nie za­sta­łem ich w domu, a są­siadka u któ­rej zo­sta­wi­łem in­stru­menty po­wie­działa mi, że oboje wy­je­chali i pan Lis ma wró­cić po po­łu­dniu. Ko­lega Lis pro­wa­dził rów­nież prace po­mia­rowe na zle­ce­nie Wo­je­wódz­kiego Urzędu Ziem­skiego i miał przed­sta­wić w Gdań­sku ope­rat wsi Ra­ko­wiec w związku z przy­pa­da­jącą do wy­płaty ratą za re­gu­la­cję tej wsi. Po­nie­waż i ja, przed wy­jaz­dem do Lu­blina mu­sia­łem być w Gdań­sku, za­le­żało mi na zo­ba­cze­niu się z ko­legą Li­sem, aby się od niego do­wie­dzieć o wy­ma­ga­niach in­spek­to­rów opi­niu­ją­cych ra­chunki do wy­płaty. Na­sze umó­wione spo­tka­nie na dworcu w Kwi­dzy­nie miało dra­ma­tyczny fi­nał, gdyż ko­lega Lis zgi­nął w trak­cie po­dróży, w ka­ta­stro­fie ko­le­jo­wej jaka wy­da­rzyła się w Pra­bu­tach. Ran­kiem po­je­cha­li­śmy z jego po­moc­ni­kiem Ob. Ja­chi­mo­wi­czem do Pra­but. Ze­zwo­lono mi za­brać zwłoki do kost­nicy, de­pe­szą za­wia­do­mi­li­śmy żonę. Zo­stał on po­cho­wany w War­sza­wie, a prace re­gu­la­cyjne wy­koń­czyła jego żona, Oty­lia Li­sowa, która rów­nież była mier­ni­czym przy­się­głym. Ja uda­łem się do Gdań­ska, po­bra­łem na­leż­ność za ro­boty i po­je­cha­łem do Lu­blina na święta. Przez zimę pra­co­wa­łem nad re­gu­la­cjami wsi­praca jemu nic do­brego nie przy­nie­sie. Py­tam go dla­czego tak są­dzi. Mówi mi, że za­jął go­spo­dar­stwo z ład­nymi za­bu­do­wa­niami i sa­dem, do któ­rego na­le­żał rów­nież do­mek po­sta­wiony dla ro­bot­ni­ków, któ­rych za­trud­niał dawny wła­ści­ciel — Nie­miec. Do­mek ten za­jął inny osad­nik i kiedy przy­stą­pię do re­gu­la­cji sie­dlisk oba­wia się, że wy­dzie­la­jąc sie­dli­sko dla tego osad­nika po­psuję mu jego sie­dli­sko. Po prze­rwie obia­do­wej ro­bot­nik ten przy­niósł z domu plik do­ku­men­tów i po­ka­zał mi je. Były to do­wody w ję­zyku hisz­pań­skim i urzę­dowe tłu­ma­cze­nie na ję­zyk pol­ski, z któ­rych wy­ni­kało, że ob. Wie­loch wal­czył w Hisz­pa­nii w 1936 roku. Z za­cie­ka­wie­niem obej­rza­łem te chwa­lebne pa­piery, ale kiedy usły­sza­łem, że pro­po­no­wano mu po po­wro­cie do kraju różne funk­cje, któ­rych nie przy­jął, gdyż jako rol­nik wo­lał za­jąć się rol­nic­twem i ob­rał so­bie to wła­śnie do­bre go­spo­dar­stwo, za­czą­łem się oba­wiać, że ze­chce on zdys­kon­to­wać swoje za­sługi przy re­gu­la­cji sie­dlisk. Kiedy praca moja po­su­nęła się do tego etapu i gra­nice sie­dlisk w ca­łej wsi zo­stały już przeze mnie za­pro­jek­to­wane i wy­zna­czone na grun­cie, po­sta­no­wi­łem re­gu­la­cję sie­dli­ska Ob. Wie­lo­cha i za­in­te­re­so­wa­nego osad­nika po­zo­sta­wić im sa­mym. Przy­sze­dłem na miej­sce i po­wie­dzia­łem, że do domku ro­bot­ni­czego, któ­rego okna otwie­rały się na sad zaj­mo­wany przez Ob. Wie­lo­cha na­leży wy­dzie­lić te­ren od­po­wied­niej wiel­ko­ści, aby można było na nim po­sta­wić za­bu­do­wa­nia go­spo­dar­cze i że im obu pro­po­nuję wy­ty­cze­nie gra­nic tego sie­dli­ska. Spraw­dziło się przy­sło­wie: z du­żej chmury mały deszcz. Po wy­ty­cze­niu przez nich gra­nic, wpro­wa­dzi­łem tylko po­prawkę za ich zgodą, że za­miast jed­nego rzędu ja­błoni w sa­dzie ob. Wie­loch od­stą­pił jesz­cze drugi. Tak usta­lone gra­nice za­mie­rzy­łem i wnio­słem do planu grun­tów wsi Gilwa. Póź­niej na ogól­nym ze­bra­niu wsi z oka­zji oka­za­nia pro­jektu pod­kre­śli­łem oby­wa­tel­skie sta­no­wi­sko ob. Wie­lo­cha, któ­remu rze­czy­wi­ście trudno było oswoić się z my­ślą, że nowe gra­nice będą dla niego mniej ko­rzystne, a któ­rych ko­niecz­ność uznał.

Wszyst­kie prace pro­wa­dzi­łem na pod­sta­wie umów za­war­tych z Wo­je­wódz­kim Urzę­dem Ziem­skim w Gdań­sku jako mier­ni­czy przy­się­gły. Był to wolny za­wód i w związku z tym pła­ci­łem po­da­tek ob­ro­towy i do­cho­dowy. Rów­nież czynsz miesz­ka­niowy był znacz­nie wyż­szy niż dla pra­cow­ni­ków in­sty­tu­cji uspo­łecz­nio­nych, nie ko­rzy­sta­łem rów­nież z Ubez­pie­czalni Spo­łecz­nej. W celu po­prawy wa­run­ków ma­te­rial­nych za­częto or­ga­ni­zo­wać Spół­dziel­nie Pracy. W lu­tym 1949 roku wstą­pi­łem do Spół­dzielni Pracy Mier­ni­czych Przy­się­głych „Geo” w Ło­dzi. Na Wy­brzeżu jesz­cze ta­kiej spół­dzielni nie zor­ga­ni­zo­wano. Jako czło­nek tej spół­dzielni wy­koń­czy­łem wszyst­kie prace w po­wie­cie kwi­dzyń­skim.

Po­wiat szybko się za­lud­niał. Znik­nęły odłogi, zie­mia co­raz le­piej była upra­wiana. Na wsi nie spo­ty­kało się już opusz­czo­nych za­bu­do­wań. Rów­nież szybko za­lud­niło się mia­sto Kwi­dzyn. Kiedy w 1946 roku przy­je­cha­łem tu­taj, jesz­cze wiele do­mów było nie­za­miesz­ka­łych, okna w tych do­mach po­zba­wione były ram okien­nych, gdyż na po­le­ce­nie ma­gi­stratu zo­stały one zma­ga­zy­no­wane.

Te­raz w tych oknach wi­siały już fi­ranki, wie­czo­rem okna były oświe­tlone. W dni tar­gowe do mia­sta zjeż­dżali się chłopi przy­wo­żąc na sprze­daż swoje pro­dukty, a nie tylko po to, aby z ma­ga­zy­nów po­bie­rać ziarno do siewu lub ziem­niaki do sa­dze­nia, jak to było w roku 1946. W mie­ście otwo­rzono sklepy, ma­sar­nie, warsz­taty rze­mieśl­ni­cze. Były one w więk­szo­ści wła­sno­ścią osób pry­wat­nych. Ży­cie w mie­ście za­częło się sta­bi­li­zo­wać, przy­stą­piono do usu­wa­nia znisz­czeń wo­jen­nych, bu­rzono wy­pa­lone domy, uru­cho­miono ho­tel, przy­by­wało upo­rząd­ko­wa­nych chod­ni­ków i skwe­rów.
Zor­ga­ni­zo­wano mu­zeum w bu­dynku Zamku. Po­wstało wiele szkół i in­ter­na­tów. W ga­blo­tach za­kła­dów fo­to­gra­ficz­nych co­raz wię­cej wy­sta­wiano zdjęć no­wo­żeń­ców. Lud­ność po­wiatu skła­da­jąca się z osie­dleń­ców przy­by­łych z róż­nych stron Pol­ski, a na­wet spoza jej gra­nic, wy­two­rzyła już nową spo­łecz­ność, która szybko po­tra­fiła za­mie­nić znisz­czone i opu­sto­szałe Zie­mie Od­zy­skane na na­sze Zie­mie Za­chod­nie.
Przy wy­ko­ny­wa­niu mego za­wodu nie mia­łem oka­zji na wsi kwi­dzyń­skiej spo­tkać się z lud­no­ścią pol­ską za­miesz­kałą tu­taj od wie­ków.
Tak się zło­żyło, że we wsiach w któ­rych prze­pro­wa­dza­łem re­gu­la­cję go­spo­darstw, były tylko go­spo­dar­stwa po­nie­miec­kie. Z lud­no­ścią au­to­chto­niczną, a jak póź­niej za­częto ją na­zy­wać ro­dzimą, ze­tkną­łem się w co­dzien­nej pracy w po­mie­cie sztum­skim.

Od dnia 1 kwiet­nia 1950 roku ob­ją­łem sta­no­wi­sko mier­ni­czego po­wia­to­wego w Sta­ro­stwie Po­wia­to­wym w Sztu­mie. Miesz­ka­łem w dal­szym ciągu w Kwi­dzy­nie, do pracy wy­jeż­dża­łem po­cią­giem o go­dzi­nie szó­stej i wra­ca­łem o go­dzi­nie szes­na­stej. Tam spo­tka­łem się z lud­no­ścią ro­dzimą, od wie­ków za­miesz­ku­jącą te zie­mie. W moim biu­rze za­sta­łem dwóch mło­dych pra­cow­ni­ków, któ­rzy przed wojną pra­co­wali w ka­ta­strze nie­miec­kim w Sztu­mie. In­te­re­sanci przy­cho­dzący do biura w więk­szo­ści byli daw­nymi miesz­kań­cami tych ziem.

Sprawy, które spro­wa­dzały ich do urzędu po­le­gały na uzy­ska­niu wy­cią­gów z mar­ty­kuły ka­ta­stral­nej stwier­dza­ją­cych wła­sność po­sia­da­nego przed wojną go­spo­dar­stwa. Przy wy­da­wa­niu tych wy­cią­gów wie­lo­krot­nie stwier­dza­łem fakt zmiany czy­sto pol­skiego na­zwi­ska na nie­miec­kie np. Bent­kow­ski na Benz, po­zo­sta­wiono tylko pierw­szą li­terę bez zmiany. Prze­miany tych na­zwisk mają daty od­po­wia­da­jące da­cie doj­ścia Hi­tlera do wła­dzy. Za­py­ty­wa­łem tych lu­dzi, dla­czego po­zmie­niali na­zwi­ska, od­po­wia­dano mi że byli zmu­szani do tego przez wła­dze nie­miec­kie.

Zmiany wpro­wa­dzali Niemcy rów­nież do nazw miej­sco­wo­ści. Kiedy była zor­ga­ni­zo­wana wy­stawa Ziem Od­zy­ska­nych we Wro­cła­wiu, otrzy­ma­łem apel z Wo­je­wódz­kiego Urzędu Geo­de­zji w Gdań­sku, aby przej­rzeć ar­chi­wum ka­ta­stralne i wy­po­ży­czyć na wy­stawę do­ku­menty stwier­dza­jące pol­skość tych ziem. Wy­sła­łem wtedy kilka map ilu­stru­ją­cych ak­cję ger­ma­ni­za­cyjną. Na ma­pie miej­sco­wo­ści Mi­ko­łajki, na­zwa prze­kre­ślona czer­wo­nym tu­szem i wpi­sano Ni­ko­laj­ken, na­stęp­nie znów skre­śle­nie i wpis Ni­kla­skir­chen. Na ma­pie miej­sco­wo­ści Ko­ło­ząb, skre­śle­nie i wpis Col­lo­zomp, po­tem znów skre­śle­nie i wpis Cal­sen. Na­zwę Wil­czewo skre­ślono i wpi­sano Wil­zen. Wy­sła­łem rów­nież kilka map se­pa­ra­cyj­nych z po­łowy ubie­głego stu­le­cia, na któ­rych na­zwi­ska wła­ści­cieli grun­tów były pol­skie.

W po­wie­cie sztum­skim ze­tkną­łem się z przy­krymi sto­sun­kami ja­kie po­wstały mię­dzy no­wymi osad­ni­kami a lud­no­ścią au­to­chto­niczną.
Go­spo­dar­stwa au­to­chto­nów były do­brze zor­ga­ni­zo­wane, o du­żej po­wierzchni, po­ziom ży­cia i kul­tury wyż­szy od po­ziomu osad­ni­ków, co w wielu wy­pad­kach wy­wo­ły­wało u nich uczu­cie ob­co­ści. Do au­to­chto­nów nie mieli za­ufa­nia, przy­po­mi­nali im Niem­ców i tak ich czę­sto na­zy­wali. Z dru­giej strony, lud­ność miej­scowa, kry­tycz­nie przy­glą­dała się przy­by­wa­ją­cym osad­ni­kom, ra­ziły ich spo­sób ży­cia i go­spo­da­ro­wa­nia. Długi czas sto­sunki nie były naj­lep­sze i w cza­sie tak zwa­nej ak­cji łą­cze­nia ro­dzin sporo au­to­chto­nów zdało go­spo­dar­stwa na Skarb Pań­stwa i wy­je­chało do Nie­miec. Przy­czy­niły się do tych wy­jaz­dów rów­nież eme­ry­tury przy­zna­wane w Niem­czech in­wa­li­dom wo­jen­nym. Mimo tych po­cząt­ko­wych przy­krych za­draż­nień, stop­niowo i tu­taj za­częła się kon­so­li­da­cja po­wo­jen­nego spo­łe­czeń­stwa.

Kie­dyś przy­szedł do biura in­te­re­sant, za­mó­wił wy­ty­cze­nie w swoim go­spo­dar­stwie we wsi An­ka­maty no­wego bu­dynku, który miał za­miar bu­do­wać. Spy­ta­łem go z ja­kich stron po­cho­dzi, oka­zało się że z wi­leńsz­czy­zny. An­ka­maty, to wieś za­miesz­kała przez au­to­chto­nów. Przy­jeż­dżam tam ro­we­rem, od­szu­kuję go­spo­dar­stwo swo­jego in­te­re­santa. Nie za­sta­łem go w domu. Go­spo­dar­stwo jest duże, do­brze za­go­spo­da­ro­wane. Przyj­muje mnie ko­bieta mó­wiąca ja­kimś dziw­nym ję­zy­kiem, nie ta­kim jak mówi lud­ność ro­dzima w tych stro­nach. Po­syła po męża i od niego do­wia­duje się, że oże­nił się on z wdową au­to­chtonką. Żona od niego prze­jęła ak­cent i zwroty wi­leń­skie, które w po­łą­cze­niu z ję­zy­kiem ja­kim do­tąd się po­słu­gi­wała dały ten efekt, że trudno ją było zro­zu­mieć. Je­den z pra­cow­ni­ków na­szego biura, któ­remu za cza­sów nie­miec­kich zmie­niono na­zwi­sko, oże­nił się z na­uczy­cielką, war­sza­wianką, która przed ślu­bem po­sta­wiła mu wa­ru­nek, aby wró­cił do swego pol­skiego na­zwi­ska, co uczy­nił. Inny z mło­dych pra­cow­ni­ków biura, kiedy wró­cił z woj­ska nie­miec­kiego w 1945 roku nie umiał mó­wić po pol­sku. Opo­wia­dał mi, że chciał so­bie ku­pić ze­szyt. W dro­dze do sklepu cały czas po­wta­rzał so­bie: ze­szyt, ze­szyt, ale jak zna­lazł się w skle­pie za­po­mniał tego słowa. Tak się tym za­wsty­dził, że po­sta­no­wił uczyć się ję­zyka pol­skiego. Po wstą­pie­niu do pracy w ka­ta­strze, gdzie zna­jo­mość ję­zyka nie­miec­kiego była po­trzebna, przy po­mocy mego za­stępcy Ob. Lu­bo­wiec­kiego, zdał on eg­za­min ma­tu­ralny, ma­jąc uprzed­nio ma­turę nie­miecką. Wstą­pił na wy­dział In­ży­nie­rii Sa­ni­tar­nej Po­li­tech­niki Wro­cław­skiej, który już obec­nie ukoń­czył. Tak więc i tu­taj czas za­czął ro­bić swoje, cho­ciaż wielu au­to­chto­nów po­wią­za­nych z Rze­szą wo­lało tam wy­je­chać po wy­zwo­le­niu. Wy­je­chała też księ­gowa Wy­działu Rol­nic­twa PPRN w Sztu­mie ob. Nie­mitz za­bie­ra­jąc syna, który ukoń­czył tech­ni­kum we­te­ry­na­ryjne i nie miał ochoty wy­jeż­dżać. Przy po­że­gna­niu czę­sto­wała nas po­ma­rań­czami, a syn od­śpie­wał na po­le­ce­nie matki, pol­ski hymn na­ro­dowy.

Ob. Nie­mitz miesz­kała w Kwi­dzy­nie, i co­dzien­nie do­jeż­dża­li­śmy ra­zem do pracy w Sztu­mie. Kie­dyś, w wa­go­nie mówi mi ona, że zna mnie od 1946 roku. Przy­po­mniała mi oko­licz­no­ści w ja­kich mnie po­znała. Było to jesz­cze wtedy, kiedy moja ro­dzina była w Lu­bli­nie. Ja przy­je­cha­łem ze wsi do Kwi­dzyna i za­trzy­ma­łem się w ho­telu, a wie­czo­rem po­sze­dłem do re­stau­ra­cji na ko­la­cję.

Re­stau­ra­cyjka była pry­watna i kiedy przy­sze­dłem, mieli już ją za­my­kać. By­łem je­dy­nym go­ściem, ale wła­ści­cielka po­szła przy­rzą­dzić ko­la­cję i usły­sza­łem z dru­giego po­koju jak roz­ma­wia z kimś po nie­miecku. Po chwili wy­szła stam­tąd ja­kaś młoda pani, usia­dła przy pia­ni­nie i za­częła grać. Grała do­brze i z przy­jem­no­ścią przy­słu­chi­wa­łem się mu­zyce. Po ja­kimś cza­sie spoj­rzała w moją stronę i gdy za­uwa­żyła, że słu­cham jej mu­zyki, za­grała War­sza­wiankę. Pod­sze­dłem i po­dzię­ko­wa­łem za ten kon­cert.
Od­po­wie­działa mi po nie­miecku. Ję­zyk pol­ski znała słabo cho­ciaż po­cho­dziła z pol­skiej ro­dziny. Była wdową po ka­pi­ta­nie lot­nic­twa, wy­je­chała do Nie­miec, dla eme­ry­tury po mężu.

Z Kwi­dzyna wy­je­chał rów­nież le­karz Szyp­kow­ski. Mó­wił do­sko­nale po pol­sku. Po­zna­łem go, kiedy roz­po­znał u mego syna dy­fte­ryt w sa­mym jego po­czątku i dzięki za­sto­so­wa­nym w porę za­strzy­kom, ura­to­wał ży­cie chło­paka. Tak więc po­wrót tych ziem do na­rodu pol­skiego, nie dla wszyst­kich Po­la­ków od dawna tu­taj za­miesz­ka­łych, speł­nił ich ma­rze­nia.
Dla nie­któ­rych były waż­niej­sze względy ma­te­rialne. Nie wia­domo, czy ża­ło­wać ich wy­jazdu. Za cza­sów mo­jego urzę­do­wa­nia w Sztu­mie, pa­mię­tam sprawę wieży wy­sta­wio­nej ku czci Bi­smarcka we wsi Ja­sna. Była to wielka i ciężka bu­dowla z czer­wo­nej ce­gły. Po­bu­do­wana była na wzgó­rzu. Na szczy­cie tej wieży umiesz­czony był ko­cioł wy­ło­żony sza­mo­tem. Pod­czas uro­czy­sto­ści, Niemcy za­pa­lali w tym ko­tle smołę. Któ­re­goś dnia, mówi mi ar­chi­tekt po­wia­towy inż. Bo­gacki o kło­po­cie jaki ma z tą wieżą. W Dzien­niku Bał­tyc­kim uka­zał się ar­ty­kuł, któ­rego au­tor za­rzu­cał wła­dzom po­wia­to­wym, że prze­cho­wują za­bytki niem­czy­zny, cho­ciaż uchwała o roz­biórce tej wieży dawno za­pa­dła, a wieża wciąż stoi. Po uka­za­niu się tego ar­ty­kułu, prze­wod­ni­czący Pre­zy­dium Po­wia­to­wej Rady Na­ro­do­wej w Sztu­mie po­le­cił ar­chi­tek­towi, aby na­tych­miast za­jął się zor­ga­ni­zo­wa­niem roz­biórki wieży. Nie lada to była praca i kło­pot dla ar­chi­tekta, gdyż wieża wiel­ko­ścią i wy­glą­dem przy­po­mi­nała wieżę dzwon­nicy ka­te­dry kwi­dzyń­skiej.

Z jej szczytu wi­dać było mia­sta El­bląg, Mal­bork i Dzierz­goń i w ka­ta­logu punk­tów trian­gu­la­cyj­nych po­wiatu mie­li­śmy ją wy­ka­zaną jako punkt trian­gu­la­cyjny, a punkty trian­gu­la­cyjne są pod ochroną służby geo­de­zyj­nej. Po­ka­zuję ka­ta­log inż. Bo­gac­kiemu i mó­wię, że bez zgody Głów­nego Urzędu Geo­de­zji i Kar­to­gra­fii wieży tej nie można roz­bie­rać. Ucie­szył się, że mu kło­pot spada z głowy, z ka­ta­lo­giem po­szedł do prze­wod­ni­czą­cego. Wtedy ja do­sta­łem po­le­ce­nie wy­jed­na­nia zgody na roz­biórkę wieży. Wy­sto­so­wa­łem pi­smo w tej spra­wie do De­le­ga­tury Głów­nego Urzędu Geo­de­zji i Kar­to­gra­fii w Gdań­sku i otrzy­ma­łem od­po­wiedź, że od­nio­sła się ona w tej spra­wie do War­szawy. Po roku, otrzy­muję pi­smo, że wieża może być ro­ze­brana po uprzed­nim za­ni­we­lo­wa­niu przez po­wia­tową służbę geo­de­zyjną re­peru znaj­du­ją­cego się na jej co­kole i za­sta­bi­li­zo­wa­niu na grun­cie punktu trian­gu­la­cyj­nego, któ­rym był maszt fla­gowy na szczy­cie wieży.

Wkrótce po­wia­do­miono mnie, że na­stęp­nego dnia wieża ma być wy­sa­dzona w po­wie­trze, i że ran­kiem, z prze­wod­ni­czą­cym po­je­dziemy do wsi Ja­sna, abym mógł do­ko­nać po­trzeb­nych po­mia­rów, gdyż wy­sa­dze­nie ma na­stą­pić o go­dzi­nie dwu­na­stej.

Na drugi dzień przy­by­li­śmy do Ja­snej, gdzie za­sta­li­śmy już sa­pe­rów za­ję­tych przy­go­to­wa­niami. Po za­ni­we­lo­wa­niu re­peru po­le­ci­łem ze­rwać ce­glaną pod­łogę na środku sali, aby na prze­kąt­nych wko­pać ka­mień od­po­wia­da­jący masz­towi znaj­du­ją­cemu się na szczy­cie wieży. Wtedy je­den z przy­glą­da­ją­cych się au­to­chto­nów mówi, że je­żeli ja szu­kam ka­mie­nia, to on wie gdzie jest ka­mień i po­ka­zuje nam ścianę i każe na wy­so­ko­ści około 1 me­tra nad pod­łogą opu­ki­wać. Do­my­śli­łem się, że cho­dzi mu o ka­mień wę­gielny. Od­bito tynk i we­dług jego wska­zó­wek usu­nięto ce­gły. Uka­zała się wy­kuta w pia­skowcu skrzy­nia z wpusz­czo­nym z góry wie­kiem. Po otwo­rze­niu wieka skrzynka oka­zała się pu­sta ku na­szej ogól­nej kon­ster­na­cji. Wtedy sta­ru­szek po­wie­dział, że oprócz do­ku­men­tów były w niej zło­żone mo­nety od 1 fe­niga do zło­tej dwu­dzie­sto­mar­kówki, które w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej za­brał mu­rarz za­miesz­kały w 
ich wsi. Z oko­licz­nych do­mów, w któ­rych zo­sta­wiono otwarte okna, lud­ność udała się na szosę, my sa­mo­cho­dami po­je­cha­li­śmy tam rów­nież. Z szosy nie było wi­dać spodu wieży, za­sła­niał ją pa­gó­rek. Punk­tu­al­nie o go­dzi­nie dwu­na­stej wieża roz­sze­rzyła się w swo­jej pod­sta­wie, nad­biegł grzmot de­to­na­cji, a gdy opadł kłąb ró­żo­wego ku­rzu, uka­zał się pu­sty zie­lony pa­gó­rek. Miało się wra­że­nie, że ni­gdy tu żad­nej wieży nie było, a ob­raz jej przed chwilą wi­dziany z szosy, był ha­lu­cy­na­cją.

Tak skoń­czył się kło­pot ar­chi­tekta po­wia­to­wego. Zgi­nął on bie­dak w zi­mie 1956 roku wra­ca­jąc sa­mo­cho­dem z po­dróży służ­bo­wej. W miej­sco­wo­ści Ko­nie­cwałd sa­mo­chód w po­śli­zgu wpadł do ka­nału przy je­zio­rze, kie­rowcę i dwóch pa­sa­że­rów wy­do­byto a in­ży­nier Bo­gacki uto­pił się w sa­mo­cho­dzie.

W lu­tym 1952 roku uro­dziła mi się córka, jako szó­ste dziecko w mo­jej ro­dzi­nie stała się ona ro­do­witą kwi­dzy­nianką. Ta­kich ma­łych oby­wa­teli Kwi­dzyna przy­by­wało co roku wielu. Za­lud­nie­nie mia­sta i po­wiatu po­więk­szało się już nie tylko sku­tek osad­nic­twa.

Jak już wspo­mnia­łem, od 1 kwiet­nia 1950 roku co­dzien­nie do­jeż­dża­łem z Kwi­dzyna do pracy w Sztu­mie, trwało to do 1 czerwca 1955 roku. W Kwi­dzy­nie, Mier­ni­czym Po­wia­to­wym był in­ży­nier Ja­nusz Stu­dziń­ski, który prze­niósł się na sta­no­wi­sko in­spek­tora do Wo­je­wódz­kiego Urzędu Ziem­skiego w Gdań­sku. Na jego miej­sce wo­je­wódz­two wy­zna­czyło mnie, gdyż miesz­ka­łem w Kwi­dzy­nie i przez pięć lat zaj­mo­wa­łem ana­lo­giczne sta­no­wi­sko w Sztu­mie. Prze­sta­łem więc jeź­dzić co­dzien­nie do Sztumu, ale co­dzien­nie od go­dziny pią­tej rano już nie spa­łem, tak mi to po­dró­żo­wa­nie we­szło w zwy­czaj.

Ob­sada Re­fe­ratu Po­mia­rów w Kwi­dzy­nie skła­dała się z trzech osób. Ob. Bo­le­sław Klucz­kow­ski, oraz jed­no­cze­śnie ze mną za­trud­niony mier­ni­czy przy­się­gły, Mi­chał Lacki i ja jako kie­row­nik. Pracy było bar­dzo dużo w związku z za­rzą­dzo­nym za­ło­że­niem re­je­strów grun­to­wych dla każ­dej wsi. Do­tych­cza­sowy ka­ta­ster nie­miecki utra­cił swoją war­tość wsku­tek prze­pro­wa­dzo­nych re­gu­la­cji go­spo­darstw wiej­skich, po­wstały go­spo­dar­stwa mniej­sze, na ma­pach ka­ta­stral­nych okre­ślono gra­nice no­wych go­spo­darstw. Wpisy wła­sno­ści w ma­try­ku­łach zdez­ak­tu­ali­zo­wały się kom­plet­nie. Wszyst­kie te zmiany mu­siała prze­pro­wa­dzić po­wia­towa służba geo­de­zyjna. Wpro­wa­dzona spo­łeczna kla­sy­fi­ka­cja grun­tów oka­zała się krzyw­dząca dla rol­ni­ków, przy­go­to­wy­wano prze­pro­wa­dze­nie kla­sy­fi­ka­cji gle­bo­znaw­czej. W 1956 roku prze­pro­wa­dzi­łem kla­sy­fi­ka­cję gle­bo­znaw­czą grun­tów we wsi Gar­deja oraz we wsi Tych­nowy, gdzie kla­sy­fi­ka­cja spo­łeczna naj­bar­dziej od­bie­gała od rze­czy­wi­stej war­to­ści grun­tów. Do pracy w Gar­dei przy­dzie­lono mi trzech prak­ty­kan­tów z Li­ceum Geo­de­zyj­nego w Bia­łym­stoku, z któ­rych ob. Wi­told Ra­dom­ski pra­cuje obec­nie w Po­wia­to­wym Biu­rze Geo­de­zji. Wy­jeż­dża­li­śmy o go­dzi­nie szó­stej rano i wra­ca­li­śmy o osiem­na­stej. Po ko­la­cji sen był mocny, gdyż w ciągu dnia ro­biło się około dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów mar­szu. Pew­nego ranka obu­dzi­łem się z bez­władną ręką. W Aka­de­mii Me­dycz­nej w Gdań­sku stwier­dzono, że nerw wsku­tek braku do­pływu krwi za­marł. Spa­łem całą noc na pra­wej ręce i do­piero po 2 mie­sią­cach wró­ciło mi wła­dzę.

W Tych­no­wach po­zna­łem znów au­to­chto­nów. Były tam duże go­spo­dar­stwa, które pła­ciły po­datki we­dług za­wy­żo­nej kla­sy­fi­ka­cji spo­łecz­nej. Moją pracę przy­jęto tu­taj, jak i w Gar­dei, bar­dzo życz­li­wie. Do­jeż­dża­jąc do pracy w Tych­no­wach, wy­sia­da­łem na sta­cji Bra­chlewo. Stoi tam obok bu­dynku dworca, po­mnik po­sta­wiony za cza­sów nie­miec­kich, ku pa­mięci żoł­nie­rzy po­le­głych pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej, po­cho­dzą­cych z są­sied­nich miej­sco­wo­ści. Na ta­bli­cach umiesz­czo­nych na po­mniku prze­wa­żają pol­skie na­zwi­ska. W paź­dzier­niku 1956 roku koń­czy­łem wła­śnie kla­sy­fi­ka­cję grun­tów w Tych­no­wach, gdy przy­szły wie­ści o XIII Ple­num KC PZPR.
Dla geo­de­zji w na­szym po­wie­cie, paź­dzier­nik przy­niósł nową pracę, trzeba było wy­dzie­lać in­dy­wi­du­alne go­spo­dar­stwa w tych wsiach, gdzie roz­wią­zały się spół­dziel­nie pro­duk­cyjne. Do prac, w 1957 roku przy­słano kilku geo­de­tów z Wo­je­wódz­kiego Urzędu Ziem­skiego, ale i po­wia­towa służba geo­de­zyjna była włą­czona do tych prac. Ja, w tym roku, oprócz nor­mal­nych prac, zwią­za­nych z pro­wa­dze­niem Re­fe­ratu Po­mia­rów, wy­ko­na­łem wy­dzie­le­nie go­spo­darstw w Ne­bro­wie Ma­łym i Ka­nicz­kach. Do po­mocy przy­dzie­lono mi od po­łowy sierp­nia ob. Wi­tolda Ki­siela. Była to jego pierw­sza praca w za­wo­dzie mier­ni­czym, obec­nie pra­cuje w Po­wia­to­wym Biu­rze Geo­de­zji w Kwi­dzy­nie. W roku 1959 roz­po­częto kla­sy­fi­ka­cję gle­bo­znaw­czą grun­tów w ca­łym po­wie­cie. Na te­ren po­wiatu przy­było kilka ze­spo­łów po­wo­ła­nych przez Wo­je­wódz­two do prze­pro­wa­dze­nia kla­sy­fi­ka­cji, które wy­ko­nały te prace w prze­ciągu dwóch lat.

Stop­niowo na­stą­piła re­or­ga­ni­za­cja za­dań po­wia­to­wej służby geo­de­zyj­nej. Gdy obej­mo­wa­łem służbę w Kwi­dzyń­skim Re­fe­ra­cie Po­mia­rów ob­sada tego re­fe­ratu wy­no­siła 3 osoby, a za­da­nia po­le­gały na ad­mi­ni­stra­cji mier­nic­twa. Nowe po­miary na te­re­nie po­wiatu wy­ko­ny­wane były przez per­so­nel wo­je­wódz­kiego urzędu Ziem­skiego, lub na zle­ce­nie Wo­je­wódz­twa przez mier­ni­czych przy­się­głych.

Za­częto też zmniej­szać per­so­nel mier­ni­czy w wo­je­wódz­twie i prze­no­sić go do po­wia­tów w związku z na­ło­że­niem na po­wia­tową służbę geo­de­zyjną obo­wiązku wy­ko­ny­wa­nia wszyst­kich prac mier­ni­czych, ja­kie będą po­trzebne w po­wie­cie. Per­so­nel za­czął się po­więk­szać.

Przy­byli geo­deci Adolf Le­wosz, Lu­dwik Wa­lor, Wi­told Ki­siel, któ­rzy stale miesz­kali w Kwi­dzy­nie a za­trud­nieni byli przez Wo­je­wódzki Urząd Ziem­ski.

Oprócz prac zwią­za­nych z rol­nic­twem za­częły wpły­wać zle­ce­nia na wy­ko­na­nie pod­kła­dów geo­de­zyj­nych dla prac bu­dow­la­nych, a za­częto bu­do­wać dużo. Wpły­wały zle­ce­nia na pod­kłady pod bu­dowę baz Kó­łek Rol­ni­czych, fi­lii POM-u, agro­no­mó­wek, ośrod­ków zdro­wia, zlewni mleka, pa­wi­lo­nów szkol­nych i no­wych szkół. Ru­szyło nowe bu­dow­nic­two rów­nież w mie­ście. Na wsi roz­po­częła się sprze­daż, przez bank rolny, grun­tów Pań­stwo­wego Fun­du­szu Ziemi w związku z czym geo­deci mieli nową ro­botę. Do­sta­li­śmy więk­szy lo­kal, za­miast sie­dziby w bu­dynku na prze­ciw gma­chu pre­zy­dium Po­wia­to­wej Rady Na­ro­do­wej, prze­nie­siono nas do gma­chu Pre­zy­dium. Po za­koń­cze­niu kla­sy­fi­ka­cji gle­bo­znaw­czej grun­tów, po­wia­towa służba geo­de­zyjna za­ło­żyła re­je­stry ewi­den­cji grun­tów, w związku z tym per­so­nel wzrósł o 2 osoby. W roku 1966 na­stą­piła nowa re­or­ga­ni­za­cja, zo­stał ska­so­wany sa­mo­dzielny do­tych­czas Re­fe­rat Urzą­dzeń Rol­nych, a za­da­nia jego i per­so­nel włą­czono do po­wsta­łego jed­no­cze­śnie Po­wia­to­wego Biura Geo­de­zji i Urzą­dzeń Rol­nych. Po tej re­or­ga­ni­za­cji per­so­nel wzrósł do osiem­na­stu osób. Pracy było co­raz wię­cej, cza­sami po­wsta­wały za­le­gło­ści. Mimo to, bio­rąc udział we współ­za­wod­nic­twie mię­dzy po­wia­tami, Po­wia­towe Biuro Geo­de­zji w Kwi­dzy­nie, co­rocz­nie było w czo­łówce, a w roku 1967 kiedy wo­je­wódz­kie Biuro Geo­de­zji i Urzą­dzeń Rol­nych w Gdań­sku zdo­było pierw­sze miej­sce w kraju, nasz po­wiat zdo­był dru­gie miej­sce we współ­za­wod­nic­twie mie­dzy po­wia­tami.
W pracy co­dzien­nej szybko mi­nęło dwa­dzie­ścia dwa lata od mego prze­jazdu przez sta­cję Kwi­dzyn, aby wy­ko­nać w tym po­wie­cie parę po­mia­rów na zle­ce­nie Wo­je­wódz­kiego Urzędu Ziem­skiego i wró­cić do Lu­blina.

Zo­sta­łem tu­taj. Dzieci za wy­jąt­kiem uro­dzo­nej tu córki „au­to­chtonki”, po­koń­czyły na­uki. Przy­je­chały tu jako dzieci, są dzi­siaj do­ro­słe czują się kwi­dzy­nia­kami. Kiedy przy­jeż­dżają na urlop, żywo cie­szą się wszyst­kim co do­ty­czy zmian na lep­sze, ja­kie przy każ­dym przy­jeź­dzie stwier­dzają.
W roku 1968 na wła­sną prośbę ma­jąc sześć­dzie­siąt dzie­więć lat prze­sze­dłem na eme­ry­turę.

Maja praca na tych zie­miach dała mi dużą sa­tys­fak­cję. W lipcu 1968 roku już jako eme­ryt otrzy­ma­łem od­znakę „Za­słu­żo­nym Ziemi Gdań­skiej”, co eme­ry­towi do­brze zro­biło na hu­mor, jako do­wód, że o mnie pa­mię­tają.
W dniach 5 i 6 wrze­śnia 1969 roku od­bę­dzie się w Lu­bli­nie se­sja na­ukowa sto­wa­rzy­sze­nia Geo­de­tów Pol­skich z oka­zji 25 rocz­nicy prze­pro­wa­dze­nia re­formy rol­nej. Na se­sję tę zo­sta­łem de­le­go­wany przez gdań­ski od­dział Sto­wa­rzy­sze­nia. Bio­rąc udział w se­sji wrócę pa­mię­cią do wy­da­rzeń sprzed dwu­dzie­stu pię­ciu lat, od któ­rych roz­po­czą­łem pi­sa­nie tego pa­mięt­nika.
Pójdę na miej­sce, gdzie na pło­cie był przy­le­piony de­kret PKWN za­po­wia­da­jący prze­pro­wa­dze­nie Re­formy Rol­nej i włą­cze­nie Ziem Za­chod­nich w gra­nice Pol­ski.

M. Jan­kie­wicz

Pi­sow­nia ory­gi­nalna

Ma­szy­no­pis wspo­mnień znaj­duje się w zbio­rach Pra­cowni re­gio­nal­nej.