Włodzimierz Nahorny

Wło­dzi­mierz Na­horny uro­dził się 5 li­sto­pada 1941 roku w Ra­dzy­niu Pod­la­skim. Jego ro­dzina przy­była tam pchana wo­jen­nymi lo­sami z Wo­ły­nia. Ko­lej­nymi przy­stan­kami na ich dro­dze była Łódź, War­szawa, aż w 1947 roku przy­byli do Kwi­dzyna. Za­miesz­kali przy daw­nej ulicy Świer­czew­skiego nu­mer 35.
Jako że po­wszechną rze­czą była obec­ność pia­nina w pra­wie każ­dym po­nie­miec­kim miesz­ka­niu, wła­dza uznała, że tak być nie może, a prawo do po­sia­da­nia wy­żej wy­mie­nio­nego maja tylko osoby po­tra­fiące na­le­ży­cie wy­ko­rzy­stać in­stru­ment. W związku z tym zor­ga­ni­zo­wano prze­słu­cha­nia dla miesz­kań­ców mia­sta. Jako że re­pre­zen­tu­jąca ro­dzinę Na­hor­nych star­sza sio­stra Wło­dzi­mie­rza od­pa­dła w przed­bie­gach, nasz ośmio­la­tek zy­skał za­szczytną funk­cję re­pre­zen­to­wa­nia ro­dziny, i o dziwo – wła­dze uznały, że ro­kuje on na­dzieje na przy­szłość i jest go­dzien in­stru­ment za­cho­wać, pod wa­run­kiem roz­po­czę­cia na­uki w szkole mu­zycz­nej. Tak tez się stało. Jak ko­men­tuje sam Mistrz – nie­wia­domo czy bez tego zda­rze­nia jego droga po­bie­głaby w kie­runku mu­zycz­nym, gdyż w ro­dzi­nie nie było mu­zycz­nych tra­dy­cji. Pierw­sze próby pod­ję­cia wspól­nego gra­nia z ko­le­gami za­koń­czyły się fia­skiem, na szczę­ście chłopcy sta­now­czo wo­leli po­ko­pać piłkę, po­bie­gać, a zimą po­jeź­dzić na łyż­wach. Dzięki swo­jej na­uczy­cielce, pani Błe­szyń­skiej, zo­stał pa­sjo­na­tem te­atru, wy­stę­pu­jąc w szkol­nych przed­sta­wie­niach, a także two­rząc do nich oprawę mu­zyczną. Pa­sję tę pie­lę­gnuje do dziś. Po po­bra­niu nauk pod­staw gry u p. Bu­kow­skiej, za­czął uczęsz­czać do du­żej sza­ro­otyn­ko­wa­nej willi przy ul. Sztum­skiej, gdzie mie­ściła się Szkoła Mu­zyczna. Jego pro­ble­mem była cią­gła zmiana na­uczy­cieli, a co się z tym wią­zało – cią­gła zmiana dy­rek­tyw na te­mat tech­niki gra­nia na in­stru­men­cie, a do­kład­nie ukła­da­nia ręki. Spo­wo­do­wało to nie­po­trzebne za­mie­sza­nie i mo­gło skut­ko­wać fak­tem, iż nie do­stał się do klasy for­te­pianu do śred­niej szkoły mu­zycz­nej w Gdań­sku. Wspo­mina z wdzięcz­no­ścią swego star­szego przy­ja­ciela, Jó­zefa Ko­ła­kow­skiego, który słu­żył po­mocą przy czy­ta­niu ro­syj­skich pie­śni, wy­ko­ny­wa­nych przez szkolny chór. Na­to­miast ko­le­dzy ze szkol­nej ławki wspo­mi­nają jak pro­sili go o zro­bie­nie choćby dwóch błę­dów w ćwi­cze­niach sol­feża, by uwia­ry­god­nić spi­sane od niego za­wsze bez­błęd­nie wy­słu­chane nuty. Po ukoń­cze­niu szkoły pod­sta­wo­wej i mu­zycz­nej zło­żył pa­piery do kwi­dzyń­skiego ogól­niaka, ale rów­no­cze­śnie za­ry­zy­ko­wał zda­wa­nie do li­ceum mu­zycz­nego w So­po­cie.
Do­stał się na wy­dział in­struk­tor­ski. W tej szkole po­znał swoją żonę, z którą do dziś two­rzą udany zwią­zek. Wspól­nie stu­dio­wali w Pań­stwo­wej Wyż­szej Szkole Mu­zycz­nej, także w So­po­cie. Pani Anna jest skrzy­paczką.
Przez wiele lat pra­co­wał na stat­kach, zwie­dził ka­wa­łek świata. Jako ar­ty­sta kon­cer­tu­jący grał w więk­szo­ści kra­jów Eu­ropy, w Azji, w Afryce. Prze­ło­mo­wym mo­men­tem był 1964 rok, kiedy otrzy­mał główna na­grodę wro­cław­skiego fe­sti­walu Jazz nad Odrą. Mię­dzy­na­ro­dową ka­rierę za­czął od za­ję­cia II miej­sca na świa­to­wym kon­kur­sie Jazzu No­wo­cze­snego w Wied­niu. W 1967 roku, rów­nież na fe­sti­walu w Wied­niu, do­stał pierw­szą na­grodę, którą wrę­czył mu sam Duke El­ling­ton.
Speł­niony za­wo­dowo i pry­wat­nie, w 2009 roku obro­nił pracę dok­tor­ską, obec­nie trwa jego prze­wód pro­fe­sor­ski. Pra­cuje jako ad­iunkt w Aka­de­mii Mu­zycz­nej w Gdań­sku i wy­kłada przed­miot – for­te­pian jaz­zowy.
Ten wy­bitny mu­zyk – pia­ni­sta, sak­so­fo­ni­sta, fle­ci­sta, kom­po­zy­tor i aran­żer za­wsze cie­pło wspo­mina mia­sto swo­jego dzie­ciń­stwa, Kwi­dzyn.

Opra­co­wano na pod­sta­wie pu­bli­ka­cji „Kwi­dzy­nia­nie pta­kom podobni„i ma­te­ria­łów wła­snych Pra­cowni Re­gio­nal­nej; spi­sane przez Mag­da­lenę Sad­kow­ską