Zdzisława Smodlibowska

O legendzie, co zatoczyła krąg szeroki

Wiedziałem o pani Zdzisławie Smodlibowskiej jako nauczycielce niezwykłej na długo przed zorientowaniem się, gdzie się znajduje Kwidzyn i na długo przed skierowaniem do pracy
w kwidzyńskim Liceum Pedagogicznym.

OTÓŻ w cza­sie stu­diów po­lo­ni­stycz­nych na Uni­wer­sy­te­cie Łódz­kim przez pe­wien czas miesz­ka­łem w domu aka­de­mic­kim z Wi­tol­dem Zic­kauem, po­cho­dzą­cym z Gar­dei ab­sol­wen­tem kwi­dzyń­skiego Li­ceum z roku 1951. To on wła­śnie prze­chwa­lał się świeżo ukoń­czoną szkołą i kwi­dzyń­ską ma­te­ma­tyczką. Im­po­no­wa­nie li­ce­al­nymi „do­brami” i cheł­pli­wo­ści re­gio­nalne na­le­żały do re­per­tu­aru wie­czor­nych roz­mów świeżo upie­czo­nych stu­den­tów. Każdy coś tam ko­lo­ry­zo­wał i czymś pró­bo­wał pod­bi­jać no­wych zna­jo­mych („zna­jo­mych nas, bra­cie, to była szkoła!”). Był Wi­told Zic­kau tro­chę fan­ta­stą, sty­li­zo­wał się na li­te­rata czy ar­ty­stę i lu­bił me­ta­fo­ry­zo­wać rze­czy­wi­stość, to­też nie do­wie­rza­li­śmy jego sa­mo­chwal­czym mo­no­lo­gom w stylu „Co tam wa­sze bel­fry! Oni jej, [czyli jego li­ce­al­nej ma­te­ma­tyczce] do pięt nie do­ro­śli!” Po­dej­rze­wa­łem jed­nak, że mu­siała być ta kwi­dzyń­ska ma­te­ma­tyczka kimś nie­po­spo­li­tym, bo nasz ko­lega miał ta­lent dow­cip­ko­wa­nia i cel­nego – ale głów­nie w kon­wen­cji gro­te­sko­wej – ety­kie­to­wa­nia róż­nych zna­jo­mych, zna­jo­mych ni­gdy z tego ta­lentu nie ro­bił użytku, gdy wspo­mi­nał o pro­fe­sor Smo­dli­bow­skiej. Była poza sferą jego do­cin­ko­wej po­my­sło­wo­ści. Pa­mię­tam, że wy­obra­ża­łem so­bie wów­czas tę kwi­dzyń­ską zna­ko­mi­tość pe­da­go­giczną – po tro­sze za sprawą su­ge­styw­nych opo­wie­ści ko­legi, a na pewno także wsku­tek do­dat­ków mo­jej wła­snej ima­gi­na­cji – jako za­awan­so­waną wie­kiem, wy­soką i smu­kłą damę, hie­ra­tycz­nie do­stojną, dumną, nie­do­stępną, ko­niecz­nie ja­sno­włosą i prze­ma­wia­jącą wznio­śle.

Co tam wa­sze bel­fry! Oni jej, do pięt nie do­ro­śli!

Po stu­diach zna­la­złem się we wrze­śniu 1955 roku z na­ka­zem pracy w Li­ceum Pe­da­go­gicz­nym w Sta­rym Targu w pow. sztum­skim. W tym sa­mym roku w tam­tej­szej szkole ćwi­czeń de­biu­to­wały w za­wo­dzie na­uczy­ciel­skim dwie ab­sol­wentki Li­ceum kwi­dzyń­skiego: Cze­sia Ry­dziń­ska i Re­nia Rudzka. Zdzi­wiły się, że sły­sza­łem w Ło­dzi o ma­te­ma­tyczce z ich szkoły. Utrzy­my­wały, że istot­nie jest wspa­niała, choć nie kryły, że nie­któ­rzy ucznio­wie drżeli przed nią. Utwier­dza­łem się w prze­ko­na­niu, że ta pani Smo­dli­bow­ska to ktoś na­prawdę szcze­gólny. Świad­czyło o tym już nie tylko wspo­mnie­nie z łódz­kiej od­dali, pod­szyte ak­tor­ską swo­bodą mo­jego uni­wer­sy­tec­kiego ko­legi, lecz także świeże wra­że­nie wczo­raj­szych li­ce­ali­stek, które nie wy­glą­dały mi na eg­zal­to­wane pa­nienki w stylu „och-ach”. Kim więc jest i za co awan­so­wała do uczniow­skiej le­gendy na­uczy­cielka przed­miotu, za któ­rym zwy­kle po­łowa uczniów nie prze­pada? Dla­czego – mó­wiąc o jej sro­gich wy­ma­ga­niach, wy­ma­ga­niach su­ro­wej dys­cy­pli­nie na jej lek­cjach i o trwo­dze na kla­sów­kach z ma­te­ma­tyki – nie tylko ją sza­nują, po­dzi­wiają, ale i na­prawdę lu­bią? Dla­czego są dumni, że wy­szli spod jej ręki? Prze­cież do tego nie star­czy­łoby prze­ko­na­nie, że po­tra­fiła na­uczyć za­wi­ło­ści al­ge­bry, geo­me­trii i try­go­no­me­trii…

Zdzi­sława Smo­dli­bow­ska uro­dziła się 6 lu­tego 1912 roku w Gnieź­nie w ro­dzi­nie urzęd­nika ma­gi­strac­kiego.

Spotkania z bohaterką legendy

W sierp­niu 1957 roku z po­wodu li­kwi­da­cji Li­ceum w Sta­rym Targu zo­sta­łem przez gdań­skie Ku­ra­to­rium Oświaty prze­nie­siony się do kwi­dzyń­skiego Li­ceum Pe­da­go­gicz­nego. Cze­ka­jąc na pierw­sze ze­bra­nie Rady Pe­da­go­gicz­nej przed roz­po­czę­ciem roku szkol­nego dys­kret­nie roz­glą­da­łem się po po­koju na­uczy­ciel­skim za sławną ma­te­ma­tyczką, zwłasz­cza, że ją jedną – oprócz dy­rek­tora, u któ­rego za­mel­do­wa­łem się za­raz po przy­jeź­dzie do Kwi­dzyna – zna­łem; co prawda tylko „za­ocz­nie”, ale prze­cież zna­łem. Wy­gląd żad­nej z pań nie od­po­wia­dał jed­nak mo­jemu wy­obra­że­nio­wemu wi­ze­run­kowi pani Smo­dli­bow­skiej. Za­gad­ną­łem w tej kwe­stii któ­re­goś z mo­ich na­uczy­ciel­skich ró­wie­śni­ków zdzi­wi­łem się nie­po­mier­nie, gdy zo­sta­łem „ob­ja­śniony”. Pani Smo­dli­bow­ska za biur­kiem w ką­cie przy oknie wła­śnie coś no­to­wała w ze­szy­cie (po­tem się zo­rien­to­wa­łem, że ona jedna miała „swoje” biurko w po­koju na­uczy­ciel­skim) i wstała chyba z za­mia­rem do­koń­cze­nia ja­kiejś z kimś roz­mowy.

Utwier­dza­łem się w prze­ko­na­niu, że ta pani Smo­dli­bow­ska to ktoś na­prawdę szcze­gólny.

Nic, ale to li­te­ral­nie nic nie zga­dzało się z wy­my­ślo­nym przeze mnie wi­ze­run­kiem. Nic się nie ko­ja­rzyło z apa­ry­cją do­stoj­nej a szla­chet­nie sę­dzi­wej damy o go­tyc­kiej po­wa­dze. Pa­trzy­łem na pa­nią wzro­stu śred­niego i wieku też śred­niego, ale bliż­szego mło­do­ści niż si­wiź­nie (póź­niej usta­li­łem, że rocz­nik 1912, a więc ró­wie­śnica mo­jej mamy, która wtedy znaj­do­wała się na swego „ży­cia po­ło­wie”). Spo­glą­dała na roz­mówcę – był to chyba wi­ce­dy­rek­tor szkoły – oczami ciem­nymi, uważ­nymi, by­strymi, chwi­lami jakby fi­glar­nymi i zgoła skłon­nymi do śmie­chu. Z twa­rzą re­gu­larną, piękną tro­chę py­zatą i przez to dziew­częcą, z no­skiem z lekka za­dar­tym – wy­glą­dała na ko­bietę o ener­gicz­nym, ale po­god­nym uspo­so­bie­niu (po­tem wiele razy cie­szy­łam się jej za­raź­li­wym śmie­chem). Upię­cie w kok kasz­ta­no­wych wło­sów, po­prze­ty­ka­nych le­d­wie wi­docz­nym sre­brem, też wy­glą­dało na mło­dzie­żowe. W ru­chach – żwa­wych, zgrab­nych i zwin­nych, ale da­le­kich od sa­lo­no­wej zwiew­no­ści czy ta­necz­no­ści – miała coś z har­cerki-wę­drow­niczki, od­por­nej na trud, nie­za­wod­nej w mar­szach i wy­trzy­ma­łej we wspi­naczce po gó­rach. (Że ko­chała Ta­try, prze­ko­na­łem się póź­niej; póki mo­gła, nie re­zy­gno­wała z wa­ka­cyj­nych wy­jaz­dów w oko­lice Za­ko­pa­nego, Za­ko­pa­nego raz czy dwa także w Biesz­czady. W se­zo­nach grzy­bo­bra­nia prze­pa­dała za wy­ciecz­kami do pod­kwi­dzyń­skich la­sów).

Ro­syj­scy ze­słańcy na Sy­be­rii na­zy­wali ją Biełką. Przez te kasz­ta­no­wate włosy. My­śla­łem wtedy, że to na­zwa­nie do­brze od­da­wało nie tylko urodę jej fry­zury i wdzięk wie­wiór­czy (ros. Biełka = wie­wiórka), ale i zdra­dzało, że mu­sieli po­lu­bić tę współ­uczest­niczkę nie­doli.

W któ­rejś ze mną roz­mo­wie za­żar­to­wała so­bie, że ro­syj­scy ze­słańcy na Sy­be­rii na­zy­wali ją Biełką. Przez te kasz­ta­no­wate włosy. My­śla­łem wtedy, że to na­zwa­nie do­brze od­da­wało nie tylko urodę jej fry­zury i wdzięk wie­wiór­czy (ros. Biełka = wie­wiórka), ale i zdra­dzało, że mu­sieli po­lu­bić tę współ­uczest­niczkę nie­doli. Szybko i bez trudu upew­ni­łem się, że pani Smo­dli­bow­ska świet­nie zna i au­ten­tycz­nie lubi swój przed­miot. Ma dużo wię­cej wie­dzy ma­te­ma­tycz­nej, niż trzeba do na­ucza­nia tego przed­miotu w szkole śred­niej.

Po­trafi bez trudu wy­ja­śnić każde za­gad­nie­nie, w lot wy­ła­puje omyłki w pod­ręcz­ni­kach, nie po­wta­rza tych sa­mych za­dań – sło­wem: jest spe­cja­listką na­prawdę wy­so­kiej klasy.
Nie­ba­wem zo­rien­to­wa­łem się, że na jej lek­cjach nie przy­tra­fiają się mo­menty pustki i nudy, nie ma wa­to­wa­nia mi­nut czy kwa­dran­sów byle ga­da­niną ani nie prak­ty­kuje się po­zo­ro­wa­nia pracy czy ja­ło­wego cze­ka­nia na dzwo­nek.
Ucznio­wie na­wy­kają do świa­do­mo­ści, że tu na­uczy­cielka nie udaje wie­dzy, że sta­wia im po­ważne wy­ma­ga­nia, że po­waż­nie je eg­ze­kwuje i że naj­zu­peł­niej nie wcho­dzi w grę „przy­ła­py­wa­nie” jej na bez­rad­no­ści przy na­wet naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych kwe­stiach. Z naj­star­szych klas li­ce­al­nych, które od­kryły nie­jedną sła­bość me­ry­to­ryczną tego czy tam­tego na­uczy­ciela i „za­li­czały” nie­je­den man­ka­ment dy­dak­tyczny swo­ich pre­cep­to­rów – prze­pły­wała do klas młod­szych fama, że pani Smo­dli­bow­ska nie ma sła­bych punk­tów.

Rów­no­cze­śnie z nie­ja­kim zdzi­wie­niem za­czą­łem zda­wać so­bie sprawę, że pani Smo­dli­bow­ska po­siada ja­kiś spo­sób nie­omyl­nego roz­po­zna­wa­nia pro­ble­mów uczniów do­piero, co przy­ję­tych do szkoły. Już po pierw­szych ty­go­dniach lek­cji wie­działa nie tylko o tym, kto i ja­kie ma kło­poty z ma­te­ma­tyczką, a ja­kie za­in­te­re­so­wa­nia poza ma­te­ma­tyczne, ale roz­po­znała, do kogo trzeba wię­cej, a do kogo mniej cier­pli­wo­ści, kto pra­cuje wol­niej, a kto prę­dzej, kto jest ner­wowy i wraż­liwy, kto ma ręce po­ka­le­czone od prac fi­zycz­nych, kto przy­nosi uży­wane pod­ręcz­niki i dla­czego, kto do­jeż­dża z Ra­kowca albo z Pra­but, komu do­skwiera bieda – itd. Po­zo­staje dla mnie do dziś ta­jem­nicą, jak się więk­szo­ści tego wszyst­kiego do­wia­dy­wała, bo nie była wścib­ska. Sza­no­wała wła­sną i cu­dzą sferę pry­wat­no­ści, nie za­glą­dała do cu­dzych su­mień i cu­dzych garn­ków. Nie wy­sy­sała zwie­rzeń od uczniów, nie wy­mu­szała niby to „edu­ka­cyj­nych” se­an­sów szcze­ro­ści, nie in­sce­ni­zo­wała sen­ty­men­tal­nych spek­ta­kli afek­ta­cji i wy­lew­no­ści.

Zro­zu­mia­łem też, że ten dys­kret­nie do­ko­ny­wany a wni­kliwy re­ko­ne­sans to pod­sta­wowy wa­ru­nek jej po­stę­po­wa­nia z uczniami. Setki razy prze­ko­ny­wa­łem się, że za­soby życz­li­wo­ści i do­broci ma nie­prze­brane, ale że nie jest to ślepe roz­daw­nic­two sło­dy­czy na lewo i prawo, lecz mą­dra, sku­teczna i naj­czę­ściej dys­kretna (bez osten­ta­cyj­nych ge­stów i bez pu­blicz­nego po­kazu) po­moc w samą porę. Nikt ser­decz­niej, tak­tow­niej i mą­drzej nie umiał wes­przeć ucznia w po­trze­bie.
Prawda o na­uczy­cielce nie­po­spo­li­tej i czło­wieku nie­zwy­kłym, którą za­czą­łem po­zna­wać, oka­zała się bo­gat­sza niż le­genda. Ko­ry­go­wało się je­dy­nie moje sche­ma­tyczne i książ­kowo – na­iwne wy­obra­że­nie do­sto­jeń­stwa ma­trony. I oczy­wi­ście ko­ry­go­wało się na ko­rzyść pani Smo­dli­bow­skiej, bo po­zba­wiało jej ob­raz ko­tur­no­wej sztyw­no­ści po­do­bień­stwa do gip­so­wych bo­ha­te­rów li­te­rac­kich.

Ze spraw pro­stych pro­stych co­dzien­nych wie­lo­krot­nie zwra­cał moją uwagę jej spo­sób od­zy­wa­nia się i od­no­sze­nia do uczniów. Przy­glą­da­łem się temu wiele razy i pró­bo­wa­łem so­bie zdać sprawę z tego, na czym po­lega od­mien­ność jej kon­wer­sa­cyj­nego sa­voir- vivre’u od „me­to­dyki” szkol­nych dia­lo­gów, do któ­rych więk­szość na­uczy­cieli na­wyka, gdy ma przed sobą roz­mówcę z dru­giej strony hie­rar­chicz­nego układu dy­dak­tycz­nego. Nor­mal­nym zwy­cza­jem na­uczy­cieli, (przy­naj­mniej więk­szo­ści na­uczy­cieli w tam­tych la­tach) było mó­wie­nie do uczniów tu­balne ja­kieś, ka­za­niowe, prze­mó­wie­niowe, cza­sem i opry­skliwe.

Albo na­śla­do­wa­nie jo­dło­wa­nia men­tor­sko-ma­cie­rzyń­skiego stylu: „Jak ty mo­żesz, dzie­cino ko­chana…” Nie tylko z tonu głosu, ale i z zła­my­wa­nia rąk, z mi­no­de­rii i od­po­wied­niego sznu­ro­wa­nia warg dało się wy­czy­tać, że uczeń nie jest tu part­ne­rem. Kiedy wśród ta­kiego em­fa­tycz­nego lub pro­tek­cjo­nal­nego ora­tor­stwa po­ja­wiała się ko­niecz­ność po­wie­dze­nia kilku wy­ra­zów do ko­goś in­nego, to­na­cja na­tych­miast zmie­niła się na to­wa­rzy­sko-ko­le­żeń­ską – znak nie­omylny part­ner­skiego trak­to­wa­nia roz­mówcy. Jesz­cze wy­ra­zist­sza me­ta­mor­foza tonu do­ko­ny­wała się w sy­tu­acji przej­ścia od roz­mowy z uczniem do roz­mowy ze zwierzch­ni­kiem. To nie był styl pani Smo­dli­bow­skiej. Oto roz­mowa na ko­ry­ta­rzu z kimś naj­mniej­szym z ma­lucz­kich. Pod­cho­dzę z pil­nym py­ta­niem czy in­for­ma­cją, na krótką chwilę od­ry­wam ją od tam­tej roz­mowy – i sły­szę jej słowa wy­po­wia­dane do mnie z ta­kim sa­mym za­śpie­wam, w ta­kiej sa­mej sty­li­styce i z cał­kiem po­dobną mi­miką jak przed se­kundą do uczen­nicy. Nie miała in­nego, osob­nego „re­je­stru” mó­wie­nia do ma­lucz­kich ma­lucz­kich in­nego do nieco więk­szych. Part­ne­rem dla niej rów­nie god­nym uwagi i po­sza­no­wa­nia jak ko­lega lub i zwierzch­nik był także uczeń.

Ora­torką nie była. Nie pa­mię­tam uro­czy­sto­ści, na któ­rej by wy­gło­siła coś na kształt prze­mó­wie­nia, choć po­słu­gi­wała się pol­sz­czy­zną nie­za­wod­nie po­prawną i słow­ni­kowo bo­gatą. Sy­tu­acje wie­cowe i aka­de­mijne zno­siła bez spe­cjal­nej fru­stra­cji, nie­kiedy na­wet z za­in­te­re­so­wa­niem, ale tylko w roli wi­dza czy słu­cha­cza. „Ga­tun­kiem” głów­nym jej ję­zyka mó­wio­nego po­zo­sta­wała wy­po­wiedź w kon­wer­sa­cji. Tu czuła się pew­nie, a to, co miała do po­wie­dze­nia, prze­ka­zy­wała pre­cy­zyj­nie, barw­nie i cie­ka­wie.

Nie ce­niła ga­da­tli­wo­ści ob­ra­cho­wa­nej na efekt. Źle od­bie­rała po­pisy re­to­ryczne. Nie wie­rzyła w pa­te­tyczne ka­za­nia na­uczy­ciel­skie do uczniów; w ogóle nie do­wie­rzała wer­bal­nym za­klę­ciom i wsze­la­kiemu wie­lo­mów­stwu. Wię­cej czy­tała z oczu, z wej­rze­nia i po­stawy – niż z ga­da­nia. Wie­rzyła przede wszyst­kim czy­nom. Wiele w ży­ciu prze­szła i upew­niła się, że nie­za­wodni w sy­tu­acjach trud­nych byli nie ci, co wy­mow­nie ga­dali. Nie­raz opo­wia­dała mi wspo­mnie­nia z dra­ma­tycz­nych udręk la­gro­wych, z któ­rych wy­ni­kało, że pro­stacy nie­po­radni w sło­wach po­tra­fili na­ra­żać się dla dru­giego czło­wieka, dzie­lić ostat­kiem okru­szyn, albo obro­nić przed na­pa­ścią, a za­wo­dzili ci, któ­rzy mieli gęby pełne gład­kich słów.

Zda­rzało się, że na lek­cji wy­bu­chała. Że drzwi, za któ­rymi roz­gry­wała się scena gniewu, drżały od jej do­no­śnego głosu. Naj­czę­ściej były to chwi­lowe świet­nie ode­gra­nej re­ak­cji na „zero” uczniow­skiej uwagi i na zaj­mo­wa­nie się pod ławką nie­bie­skimi mig­da­łami, gdy na ta­blicy działy się np. Mi­ste­ria rów­nań aż z dwiema nie­wia­do­mymi. Po gro­mo­wej chwili i osią­gnię­ciu mo­bi­li­za­cji na­stę­po­wała ulga – w po­wie­trzu oczysz­czo­nym z tlenku le­ni­stwa mi­ste­rium koń­czyło się obo­pól­nym prze­ko­na­niem, że rów­na­nia z ty­miż dwiema nie­wia­do­mymi zo­staną chyba opa­no­wane.

Wpa­dała jed­nak na­prawdę w fu­rię, gdy roz­mówcę przy­ła­py­wała na bla­dze, na ob­łu­dzie, na kłam­stwie w żywe oczy lub na znę­ca­niu się nad słab­szymi. Wtedy nie było żar­tów. Pa­mię­tam kilka na­wał­nic, któ­rych po­wodu do­star­czyli ko­le­dzy z po­koju na­uczy­ciel­skiego. Nie chciała ani nie umiała w ta­kich sy­tu­acjach dy­plo­ma­ty­zo­wać: ostro, gło­śno, bez­ce­re­mo­nial­nie i do­bit­nie, nie oszczę­dza­jąc wi­no­wajcy – strze­lała przy świad­kach sło­wami ve­ri­ta­tis.

Była nie­prze­kupna, a na nie­zgod­no­ści słów z po­stę­po­wa­niem nikt jej nie przy­ła­pał. Miała dwie miary wy­ma­gań: jedną, su­rową i nie­raz do­tkliwą – dla uczniów, ale drugą, znacz­nie su­row­szą i znacz­nie do­tkliw­szą – dla sie­bie. Wy­ma­gała od uczniów pracy i praw­do­mów­no­ści, a praw­do­mówna była – aż do bólu. W jej to­wa­rzy­stwie źle czuli nie tylko ucznio­wie po­krętni, ale i dwu­li­cowi ko­le­dzy z grona na­uczy­ciel­skiego. Na dużą od­le­głość wy­czu­wała fałsz i bu­fo­nadę. U pani Smo­dli­bow­skiej nie dało się wy­łgać czy wy­łu­dzić po­zy­tyw­nej oceny. Nie udało się też ni­czego wy­że­brać ani wy­pła­kać i nie było „wzglę­dów dla urzę­dów”. Tu nie za­ła­twili ni­czego „wpły­wowi ro­dzice ani „wy­soko po­sta­wieni wuj­ko­wie”.

Ale prze­cież przez to ucho igielne su­ro­wych re­guł spra­wie­dli­wo­ści na­uczy­ciel­skiej pani Smo­dli­bow­skiej prze­cho­dzili nie tylko za­wo­łani albo przy­naj­mniej nie­źli ma­te­ma­tycy. Prze­cho­dzili także rach­mi­strze wą­tli. Ale ci wą­tli mu­sieli udo­wod­nić, że pra­co­wali, że pró­bo­wali, że zro­bili, co mo­gli. A do­kład­nie wie­działa, jak pró­bo­wali. Nie­jed­nego z nich wspo­ma­gała do­dat­ko­wym cza­sem po­za­lek­cyj­nym – znali i wy­dep­ty­wali do niej drogę.

Nie od­mó­wiła ni­komu, kto się chciał do­uczyć, a uboż­szych uboż­szych nie­śmia­łych – ośmie­lała. Była wy­ro­zu­miała dla nie­do­statku ma­te­ma­tycz­nych zdol­no­ści, gdy ten nie­do­sta­tek szedł w pa­rze z uzdol­nie­niami w in­nych kie­run­kach – lu­biła i do­ce­niała ta­lenty ar­ty­styczne, cie­szyła się uczniami „do­brymi z pol­skiego” i przy ta­kich za­do­wa­lała się na­wet słabą „trójką” ze swo­jego przed­miotu. Ma­tu­rzy­ście, który mie­wał z ma­te­ma­tyką kło­poty nie­prze­zwy­cię­żalne, po­tra­fiła bez­sze­lest­nie po­ka­zać pal­cem błąd, je­śli le­gi­ty­mo­wał się in­te­re­su­ją­cymi wy­ni­kami z ja­kie­go­kol­wiek in­nego przed­miotu.
Nie wy­ma­gała od wszyst­kich kan­dy­do­wa­nia na zna­ko­mi­tość ma­te­ma­tyczną.

O przeszłości, teraźniejszości i zasłudze

1957 roku, kiedy in­sta­lo­wa­łem się w Kwi­dzy­nie, pani Smo­dli­bow­ska nie była wy­cho­waw­czy­nią żad­nej klasy. Oczy­wi­ście nie sta­no­wiło dla mnie ta­jem­nicy, że w pierw­szych la­tach ist­nie­nia Li­ceum (wspo­mi­nała o tym w roz­mo­wach ze mną) miała „swoją” klasę, ale że w cza­sach za­ostrze­nia się re­żimu sta­li­now­skiego zo­stała od­su­nięta od funk­cji wy­cho­waw­czych. Ko­men­to­wała to – jak pa­mię­tam – ca­łym splo­tem przy­czyn, bo w okre­sie ja­kie­goś śledz­twa sta­wała w obro­nie mło­dzieży ob­wi­nio­nej o spi­sek prze­ciw ustro­jowi, bo ktoś zło­żył na nią ja­kiś do­nos do „bez­pieki”, bo nie wstą­piła do par­tii ani do żad­nego ze stron­nictw po­li­tycz­nych, bo cha­dzała do ko­ścioła, bo brata miała za gra­nicą – sło­wem: zu­peł­nie nie gwa­ran­to­wała wy­ma­ga­nej wtedy bez­wa­run­ko­wej dys­po­zy­cyj­no­ści po­li­tycz­nej. W li­ce­ach pe­da­go­gicz­nych przed po­wro­tem Go­mułki do wła­dzy w 1956 roku pa­no­wała groź­niej­sza niż w in­nych pla­ców­kach oświa­to­wych at­mos­fera na­gonki na na­uczy­cieli po­dej­rza­nych po­dej­rza­nych o „an­ty­so­cja­li­styczne po­glądy”. Jako „kuź­nie kadr” na­uczy­ciel­skich li­cea te znaj­do­wały się pod czuj­nym nad­zo­rem; wtedy też – o czym wie­dzia­łem od pani Smo­dli­bow­skiej – pani Sta­ni­sława Sien­kie­wi­czówna, bar­dzo do­bra po­lo­nistka, zo­stała prze­nie­siona z Li­ceum Pe­da­go­gicz­nego do Li­ceum Ogól­no­kształ­cą­cego (za „mo­ich” lat od czasu do czasu od­wie­dzała pa­nią Smo­dli­bow­ską, m.in. w dniu imie­nin).

Nie wiem (wtedy bo­wiem pra­co­wa­łem jesz­cze w Sta­rym Targu), czy po prze­ło­mie po­li­tycz­nym i w cza­sie Go­muł­kow­skiej „od­wilży” dy­rek­to­rzy pro­po­no­wali pani Smo­dli­bow­skiej po­wrót do funk­cji opie­kunki klasy. W roku szkol­nym 1957/58, kiedy dawne ry­gory po­li­tyczne zde­cy­do­wa­nie ze­lżały i do Li­ceum wró­ciły lek­cje re­li­gii (prawda, że na krótko, bo chyba już w roku na­stęp­nym je zli­kwi­do­wano), prze­szkód do obej­mo­wa­nia ról wy­cho­waw­czych przez daw­nych po­dej­rza­nych nie było, ale wtedy pani Smo­dli­bow­ska peł­niła „urząd” opie­kunki Szkol­nej Kasy Oszczęd­no­ści. Był to „urząd” pra­co­chłonny i wy­ma­gał nie lada skru­pu­lat­no­ści. Każ­dego dnia na du­żej prze­rwie i nie­raz jesz­cze na prze­rwie na­stęp­nej opie­kunka dy­żu­ro­wała w holu na pierw­szym pię­trze i przyj­mo­wała swo­ich kla­so­wych peł­no­moc­ni­ków peł­no­moc­ni­ków wpła­tami od uczniów. Po­cią­gało to za sobą co­dzienne bi­lan­so­wa­nie wpły­wów i wpła­ce­nie na ksią­żeczkę PKO, a raz na ja­kiś czas spo­rzą­dza­nie ra­por­tów dla władz oświa­to­wych. SKOLP w Kwi­dzy­nie pod ba­tutą pani Smo­dli­bow­skiej stale zaj­mo­wała jedno z czo­ło­wych miejsc w wo­je­wódz­twie, stała się skład­ni­kiem co­dzien­nego rytmu ży­cia szkoły i po­waż­nym ogni­wem wy­cho­waw­czym. Ak­tyw SKO skła­dał się z uczniów so­lid­nych, ale ste­ro­wa­nie cała tą wzo­rowo zor­ga­ni­zo­waną ma­chiną było ab­sor­bu­jące.

W oko­li­cach roku 1958 już chyba nie za­le­żało jej na opie­kuń­stwie klasy. Star­czały pod­sta­wowe obo­wiązki na­uczy­ciel­skie i ob­cią­że­nie ku­ra­telą nad SKO. Tym bar­dziej, że zde­cy­do­wała się na za­mę­ście. Pro­jekty tego za­mę­ścia z pa­nem Le­onem Nie­wia­dom­skim, kieł­ku­jące jesz­cze w la­tach przed­wo­jen­nej mło­do­ści wi­leń­skiej, po­gru­cho­tane przez za­wie­ru­chę wo­jenną, dra­mat zsył­kowy i po­wo­jenne ta­ra­paty pana Nie­wia­dom­skiego, re­ge­ne­ro­wały się z opóź­nie­niami, ale kiedy się urze­czy­wist­niły – na­stały lata po­godne na ul. Zduń­skiej (tam pani Smo­dli­bow­ska miesz­kała). Pan Nie­wia­dom­ski, ar­ty­sta- śpie­wak i mu­zyk o uspo­so­bie­niu szar­mancko-ry­cer­skim oraz o przed­nim po­czu­ciu hu­moru (przy tym mi­ło­śnik do­brej kuchni), tuż po woj­nie pra­co­wał jako na­uczy­ciel w kwi­dzyń­skim LP, ale gdy służby bez­pie­czeń­stwa za­in­te­re­so­wały się jego AK-owską prze­szło­ścią, klu­czył po róż­nych mia­stach Pol­ski po­łu­dnio­wej. Do Kwi­dzyna wró­cił po zmia­nie kli­maty po­li­tycz­nego. Wpro­wa­dził do ży­cia pani Smo­dli­bow­skiej (od ślubu pod­pi­su­ją­cej się na­zwi­skiem pa­nień­skim i na­zwi­skiem po mężu) sporo uroz­ma­ice­nia i ra­do­ści. Po­tra­fiła utrzy­my­wać w ry­zach jego ar­ty­stow­ski in­dy­wi­du­alizm, skłon­ność do fan­ta­zjo­wa­nia i jego cy­gań­sko-wę­drowne przy­zwy­cza­je­nia. Zna­la­zła w nim opar­cie, gdy przy­szło jej zma­gać się ze śmier­telną cho­robą, ale i sama była jego pod­porą. Gdy jej za­bra­kło- także i do jego po­dróż­nego ży­cia za­kradł się chaos.

Na po­sie­dze­niu rady pe­da­go­gicz­nej Li­ceum Pe­da­go­gicz­nego w roku szkol­nym 1952/1953, pierw­sza z le­wej

Nie­raz wra­cała wspo­mnie­niami do róż­nych mi­nio­nych faz swo­jej bio­gra­fii, ni­gdy nie miało to jed­nak cha­rak­teru sys­te­ma­tycz­nego opo­wia­da­nia.
Roz­pa­mię­ty­wa­nie prze­szło­ści nie na­le­żało do jej pa­sji. Na­ma­wia­łem ją, by spi­sy­wała swoje wspo­mnie­nia. Da­rem­nie. Nie lu­biła pi­sać. Cza­sem opo­wia­dała o wi­leń­skich stu­diach, o im­pro­wi­zo­wa­nych fa­na­be­riach ar­ty­stycz­nych Le­onka (ta­kiej uży­wała formy imie­nia męża) i oczy­wi­ście o de­por­ta­cji ro­dziny do Ro­sji, o roz­strze­la­niu jed­nego z braci przez NKWD swych wła­snych oraz swej matki ka­torż­ni­czych kar­tach sy­be­ryj­skich. Ni­gdy nie ubie­rała wspo­mnień ze­słań­czych w słowa pa­te­tyczne i sta­ran­nie stro­niła od sty­li­styki mar­ty­ro­lo­gicz­nej. Przej­mu­jące, tra­giczne czy prze­raź­liwe cier­pie­nia swo­ich naj­bliż­szych okrop­no­ści wła­snej ka­torgi na­zy­wała la­pi­dar­nie i rze­czowo. Uni­kała em­fazy, jakby nie chciała sło­wami roz­ma­zy­wać po­wagi dra­matu i jakby nie chciała swo­jemu lo­sowi do­pi­sy­wać wznio­sło­ści. Omi­jała tego ro­dzaju in­for­ma­cje, z któ­rych by mo­gło wy­ni­kać, że od­da­wała ko­muś ja­kieś przy­sługi. Nie umiała na ten uży­tek de­kli­no­wać za­imka „ja”. For­mu­łami na­po­mknień o tej te­ma­tyce były zda­nia w ro­dzaju: „trzeba było cho­rego ukryć” i „mu­siało się iść przy czter­dzie­stu stop­niach mrozu do zie­mia­nek z cho­rymi”…

Drże­nie w jej gło­sie przy­da­rzało się tylko w opo­wia­da­niach o sie­ro­cych do­lach dzieci ze­słań­ców.
Znacz­nie chęt­niej niż przy mo­ty­wach kosz­mar­nych za­trzy­my­wała się przy szcze­gó­łach świad­czą­cych świad­czą­cych ludz­kiej do­broci, po­sta­wie nie­po­kor­nej lub he­ro­izmie. Z po­bytu w la­grze na sta­tu­sie ro­bot­nicy fi­zycz­nej w „kir­picz­nym za­wo­die” (ce­gielni) wspo­mi­nała skwa­pli­wiej niż o okrut­nym gło­dzie np. o tym, jak Gru­zini i Or­mianki w naj­strasz­liw­szych wa­run­kach dbały o hi­gienę oso­bi­stą i po­tra­fiły opie­rać się zdzi­cze­niu oby­cza­jów, nie­rzad­kiemu wśród więź­nia­rek in­nych na­ro­do­wo­ści.

Po­wra­cała kilka razy do tego, jak le­karz ła­growy – stary Ro­sja­nin-bia­ło­gwar­dzi­sta, od­sia­du­jący do­ży­wo­cie – ka­zał jej, gdy ko­menda la­gru bę­dzie usta­lać fach de­por­to­wa­nych, zgło­sić się jako pie­lę­gniarka; dzięki temu otrzy­mała zno­śniej­szą funk­cję i szansę na prze­trwa­nie. Wspo­mi­nała pol­skiego zie­mia­nina z Ukra­iny, ska­za­nego tuż po re­wo­lu­cji bol­sze­wic­kiej, który skar­cił ją za wtrą­ce­nie ja­kie­goś ro­syj­skiego słowa do roz­mowy w ję­zyku pol­skim, bo on sam mimo dwu­dzie­stu lat ka­torgi mó­wił nie­ska­zi­tel­nie czy­sta pol­sz­czy­zną. Z po­dzi­wem opo­wia­dała o od­wa­dze pana Prze­la­skow­skiego, szefa pol­skiego sie­ro­cińca w Zu­dzi­ło­wie w Ał­taj­skim Kraju. Po­je­chał on do ja­kie­goś waż­nego urzędu apro­wi­za­cyj­nego Bar­naule po żyw­ność dla dzieci. Uzbro­jony w pe­pe­szę ofi­cer- de­cy­dent z wrza­skiem ka­zał mu się wy­no­sić. Pan Prze­la­skow­ski, który nie tylko nie miał woj­sko­wej po­stawy, ale wy­glą­dał na sa­fan­dułę (po­zna­łem go, gdy z War­szawy przy­je­chał do Kwi­dzyna na po­grzeb pani Smo­dli­bow­skiej ku­po­wał wie­niec „od Domu Dziecka w Zu­dzi­ło­wie” – istot­nie: nie przy­po­mi­nał chwa­tów). Gdy tam­ten wrza­snął, pan Prze­la­skow­ski „ru­gnął” go jesz­cze gło­śniej i to ta­kimi prze­kleń­stwami, że pani Smo­dli­bow­ska stru­chlała. Spoj­rzaw­szy na ruch pe­pe­szy w ręku ofi­cera była pewna, że to ko­niec. Ku jej zdu­mie­niu ofi­cer jed­nak – uzna­jąc wi­dać, że kto „ruga”, to ma prawo wy­my­ślać, po­kor­nie odło­żył broń i wy­pi­sał sto­sowne asy­gnaty.

Przy­je­chała pani Smo­dli­bow­ska do Kwi­dzyna z głębi Ro­sji jako opie­kunka grupy pol­skich dzieci, w więk­szo­ści sie­rot i za­jęła się ich lo­sem w kwi­dzyń­skim domu dziecka. Za­stą­piła im ro­dzi­ców nie było to za­stęp­stwo ma­lo­wane i do­pil­no­wała, by zdo­byli wy­kształ­ce­nie. Wiem, że ci, któ­rymi się opie­ko­wała, my­ślą o tym jej mat­ko­wa­niu ze wzru­sze­niem i wdzięcz­no­ścią. Nie­któ­rzy zo­stali na­uczy­cie­lami i wy­ko­ny­wali ten za­wód, ma­jąc przed oczyma jej po­stawę. Wzór ten przy­świe­cał także set­kom in­nych uczniów Li­ceum Pe­da­go­gicz­nego, któ­rych w ciągu lat bez mała dwu­dzie­stu uczyła ma­te­ma­tyki i sztuki czło­wie­czeń­stwa. Wy­wie­rali na nich wpływ różni na­uczy­ciele, jed­nakże bez pani Smo­dli­bow­skiej kwi­dzyń­skie Li­ceum Pe­da­go­giczne nie by­łoby tą szkołą cha­rak­te­rów, jaką w pa­mięci wy­cho­wan­ków po­zo­staje. Nie by­łoby zaś, dla­tego, że od­dzia­ły­wa­nie pani Smo­dli­bow­skiej roz­cią­gało się nie tylko na mło­dzież. Także w gro­nie na­uczy­ciel­skim zaj­mo­wała pani Smo­dli­bow­ska po­zy­cję nie kwe­stio­no­wa­nego au­to­ry­tetu mo­ral­nego. Uzna­wali, więc wy­jąt­ko­wość jej osoby nie tylko ucznio­wie, lecz i ko­le­dzy; re­spek­to­wali ten stan dy­rek­to­rzy.

Kwi­dzyn z oko­li­cami stał się jej naj­bliż­szą oj­czy­zną i za­stą­pił Wi­leńsz­czy­znę z cza­sów mło­dzień­czych po­ry­wów. Za­stą­pił z ko­niecz­no­ści, ale z cza­sem owo „z ko­niecz­no­ści” stało się przy­zwy­cza­je­niem i wy­bo­rem. Tu za­miesz­kali jej naj­bliżsi, tu wy­ra­stali ci, co ją ob­da­rzali uczu­ciami wdzięcz­no­ści i przy­wią­za­nia, tu miała pew­ność, że jest po­trzebna i sza­no­wana. Za­do­mo­wiona nie­po­rów­na­nie moc­niej w po­go­dzie i do­broci niż w sło­cie i go­ry­czach, choć tych go­ry­czy na ze­sła­niu do­świad­czyła nad miarę, umiała się cie­szyć wio­senną zie­le­niną i je­sien­nym szro­nem, urodą upal­nego lata i zi­mową za­dymką. Lu­biła we wszyst­kim, co ją ota­czało, do­strze­gać strony do­bre. Do­ce­niała i po­lu­biła mia­sto, w któ­rym za­miesz­kała i w któ­rym miała spo­cząć na za­wsze. Trzeba jed­nak z na­ci­skiem po­wie­dzieć, że da­wała tym, wśród któ­rych żyła, sta­now­czo wię­cej, niż od nich otrzy­my­wała. W hi­sto­rii po­wo­jen­nego Kwi­dzyna pol­skiego zy­skała miej­sce trwałe. I na­prawdę zo­stała po niej ta „siła fa­talna” uczci­wo­ści, którą za­szcze­piała oto­cze­niu, a którą na swoje dzieci i na swo­ich uczniów prze­no­sili i na­dal prze­no­szą jej wy­cho­wan­ko­wie.

Zdzisława Smodlibowska zmarła 25 października 1966 r. w Kwidzynie

Ma wy­mowę sym­bolu, że po­mnik na jej gro­bie za­pro­jek­to­wał i wy­ko­nał ab­sol­went Li­ceum – Sta­ni­sław Li­pień, je­den z tych, któ­rzy koń­czyli szkołę z uczu­ciem wdzięcz­no­ści dla niej – i że trosz­czą się o ten grób dawni wy­cho­wan­ko­wie z Domu Dziecka w Zu­dzi­ło­wie oraz ucznio­wie z klasy, któ­rej w la­tach 19471951 była wy­cho­waw­czy­nią.

Au­tor: Jó­zef Bachórz


Uchwała Nr XII/88/2011 Rady Miej­skiej w Kwi­dzy­nie z dnia 24 li­sto­pada 2011 roku w spra­wie nada­nia na­zwy ulicy uchwala się co na­stę­puje:
§1. Na­daje się na­zwę: ulica „Z. Smo­dli­bow­skiej” dro­dze we­wnętrz­nej usy­tu­owa­nej na działce ozna­czo­nej nr 243/22, po­ło­żo­nej w obr. 03 mia­sta Kwi­dzyna
§2. Wy­ko­na­nie uchwały po­wie­rza się Bur­mi­strzowi Mia­sta Kwi­dzyna
§3. Uchwała wcho­dzi w ży­cie po upły­wie 14 dni od ogło­sze­nia w Dzien­niku Urzę­do­wym Wo­je­wódz­twa Po­mor­skiego

Uza­sad­nie­nie do Uchwały
Pani Zdzi­sława Smo­dli­bow­ska (19121966), ab­sol­wentka Uni­wer­sy­tetu Ste­fana Ba­to­rego w Wil­nie ukoń­czyła wy­dział fi­lo­zo­fii ma­te­ma­tyki, uzy­sku­jąc ty­tuł ma­gi­stra. De­por­to­wana na Sy­be­rię – Ał­taj­skij Kraj – od­mó­wiła przy­ję­cia ro­syj­skiego oby­wa­tel­stwa, za co tra­fia do cięż­kiego wię­zie­nia, co świad­czy o jej pa­trio­ty­zmie i kon­ty­nu­acji przy­rze­cze­nia har­cer­skiego. W cza­sie two­rze­nia na te­re­nie ZSRR na­ro­do­wych do­mów dziecka zo­stała zwol­niona z wię­zie­nia i skie­ro­wana do wsi Zu­dzi­łowo koło Bar­nału i za­trud­niona w domu dziecka dla dzieci pol­skich. Dwie ab­sol­wentki Li­ceum Pe­da­go­gicz­nego w Kwi­dzy­nie (Anna Jat­kow­ska, Te­resa Ja­skuła) zgod­nie re­la­cjo­nują he­ro­izm i od­da­nie pani Zdzi­sławy, szcze­gól­nie naj­młod­szym ze­słań­com bę­dą­cym w domu dziecka. Była dla tych dzieci nia­nią i mamą (wiek przed­szkolny). Oso­bi­ście dzieci ką­pała, opie­rała i ubie­rała. Dzięki niej dzieci za­częły się uśmie­chać, a zni­kać za­częły wrzody i in­sekty. Po przy­by­ciu do domu dziecka, miesz­ka­jąc w zie­miance, wy­ka­zała wielką ak­tyw­ność i za­an­ga­żo­wa­nie przy or­ga­ni­zo­wa­niu pol­skiej szkoły w domu dziecka. Gro­madkę około 70 dzieci pol­skich prze­eg­za­mi­no­wała, po­dzie­liła na od­działy – za­ję­cia or­ga­ni­zo­wała po po­łu­dniu. Ta­blicę za­stę­po­wał koc z da­rów UNRA, któ­rego póź­niej trze­pano. Tro­chę ze­szy­tów do­star­czyło pol­skie po­sel­stwo z Bar­nału.
Pani Zdzi­sława była bez­gra­nicz­nie od­dana dziecku i Pol­sce. We­dług wy­żej wy­mie­nio­nych wy­cho­wan­kek ni­gdy nie pod­da­wała w wąt­pli­wość po­wrotu do Pol­ski. Nie miała mi­ni­ste­rial­nego pro­gramu. Uczyła we­dług wła­snego uzna­nia wszyst­kich przed­mio­tów. Oprócz tego, że uczyła, wpa­jała mi­łość do oj­czy­stego kraju. Za­stę­po­wała ro­dzi­ców, dom ro­dzinny i oj­czy­znę.
Pani Smo­dli­bow­ska wraz z dziećmi jed­nym trans­por­te­rem do­tarła do Go­sty­nina 4 lipca 1946 roku na punkt roz­dziel­czy. Z Go­sty­nina wraz z 32 dzieci, które nie zna­la­zły ro­dzi­ców bądź krew­nych do­tarła jako opie­kunka do Pań­stwo­wego Domu Dziecka w Kwi­dzy­nie – trosz­cząc się o ich żo­łądki i hi­gienę.
Pierw­szego wrze­śnia 1947 roku przy­gar­nęła do pierw­szej klasy Li­ceum Pe­da­go­gicz­nego 18 sie­rot sy­be­ryj­skich i stała się ich wy­cho­waw­czy­nią na dal­sze 4 lata. Jako ucznio­wie szli oni do „pani Zdzisi”. Do­wo­dzi to wiel­kiej szla­chet­no­ści i tego, że miała nie­za­prze­czalny in­stynkt opie­kuń­czy. Przez wszyst­kie lata pracy z dziećmi i mło­dzieżą była wy­ma­ga­jąca wo­bec sie­bie i pod­opiecz­nych, była osobą cie­płą, o wy­so­kiej kul­tu­rze oso­bi­stej, nad­zwy­czaj spra­wie­dliwą, za­pa­loną har­cerką, od­daną do końca dzie­ciom i mło­dzieży z róż­nymi kło­po­tami i ży­ją­cymi w nie­do­statku. Tej oso­bie można było po­wie­rzyć naj­więk­sze ta­jem­nice i kło­poty, ale nie po­bła­żała ni­komu. Wy­ma­gała wie­dzy i do­brego za­cho­wa­nia.
Za­ko­do­wała w nas – wy­cho­wan­kach – wiele cech cha­rak­teru jak upór, dą­że­nie do celu, kon­se­kwen­cja i wła­ściwy sto­su­nek do ży­cia. Była wzo­rem na­uczy­ciela, czło­wie­kiem za­słu­gu­ją­cym ze wszech miar na pa­mięć. Je­ste­śmy wdzięczni Jej za szla­chet­ność, pra­wość, uko­cha­nie dzieci, zwłasz­cza tych, któ­rym los nie oszczę­dził bólu, roz­go­ry­cze­nia, krzywdy. Jej motto brzmiało: „Nikt, kto szla­chetny nie był mi obo­jętny”.